czwartek, 7 czerwca 2018


Bieg Rzeźnika 

"Jeśli nie umiesz latać, biegnij. Jeśli nie umiesz biegać, chodź. Jeśli nie umiesz chodzić, czołgaj się. Ale bez względu na wszystko – posuwaj się naprzód"

Swój wpis rozpocząłem od sentencji, która pojawiła się na wstążkach tegorocznego biegu pszczyńskiego, w którym to mogłem kibicować ojcu tuż po rzeźniku. Hasło to pięknie oddaje znaczenia ultra :D, a ojcu gratuluję kolejnej wywalczonej mety :).

Minęło dopiero kilka dni od Topornej Setki, a ponownie pakowałem się do biegu. Niby kolejne ultra, kolejna walka, ale tym razem był to bieg niezwykły. Niezwykły, bo wspólny z narzeczoną. Miałem nadzieję jej pokazać piękno górskiego ultra, a zarazem ustrzeć od większych błędów, by doprowadzić ją do wymarzonej mety. 


Start :D
O rzeźniku, mimo jego kultowości, nie wiedziałem nic. Trasa i przewyższenia wydawały się typowe, choć międzyczasy trochę mnie zdziwiły. A dokładnie odcinek od roztok. Dziś już wszystko rozumiem :D. Nie wiem czy to tylko liczby, czy naprawdę stara trasa przez połoniny była milsza.  Na pewno piękniejsza. 
Spakowani,  tuż po procesji Bożego Ciała, ruszyliśmy do Cisnej. Droga mimo, że długa, to minęła szybko, a czas na miejscu jeszcze szybciej. Tyle rzeczy, a tak mało czasu: pakiety, jedzenie, pogaduchy ze znajomymi czy oglądanie zmagań finiszujących skyrunningowców. Człowiek nawet nie zauważył kiedy się ciemniło, a przecież o 1:45 busy na start.  Hmm..  znów sobie za bardzo nie pośpię. Czyżby nowa tradycja 😃. 
Budzimy się kilkadziesiąt minut po północy. Śniadanko albo kolacyjka, zależy od punktu widzenia i idziemy :). Czeka nas prawie godzinka jazdy. Humory w busie dobre, jak i u nas. Jesteśmy na starcie. Wokół ciemno, biją tylko bębny i po oczach czołówki jak świetliki :). Powoli ruszamy na start. Optymizm jest, siła jest, będzie dobrze :). Ostatnia fota i czekamy na odliczanie. 
Droga do Cisnej
Ruszyliśmy, pierwsze kilometry to asfalt. Mocne tempo pozwala nam się trzymać na początku peletonu. Na pierwszym mocnym podejściu ustanawiam czas na bufet... czekoladki :). Po paru kolejnych kilometrach niestety Magda zalicza parę upadków 😕.  Czy to żel, czy chwila spokojniejszego tempa, a może po prostu świt  spowodował, że lecimy znów stabilnie. Jednakże potłuczenia niosły swoje skutki już do końca, czyli ponad 12h biegu. Niesamowita jesteś skarbie. Wielu by zrezygnowało, wielu by się załamało, a ty nadal chciałaś biec ze  mną :*. Lekarzem nie jestem, ale nic niepokojącego nie widziałem, więc walczyliśmy dalej. 
Płaskie odcinki czy to jakoś mniej strome  podbiegi, my lecimy i aż tak do końca. Naszą piętą achillesową były zbiegi, a zwłaszcza te pionowe. W kółko mijaliśmy się z tymi samymi ekipa. Można było ciut pogadać, przecież to ultra :). Kiedy gadać jak nie podczas zawodów :P. 
Nagle asfalt i dolatujemy do punktu w Cisnej w 4h (32km). Świetnie :). Uzupełniamy płyny plus orzeszki, pomarańcze i lecimy. Na trasie do Smerka spotykamy Marcina Świerca, hee miła pogawędka :). No ale trzeba ruszać dalej i zostawić mistrza :). 
Ukazuje nam się piękniejsza cześć trasy, jakieś połoninki :). A my  pokonujemy kolejne ściany trzymając się za ręce :*.  Jakoś raźniej, jakoś człowiek bardziej zmotywowany, jakoś tak przyjemniej :). 

Smerek. Punkt wygląda jak istne pobojowisko. Ludzie leżą, pełno butelek. Po prostu niesamowity chaos, a pośrodku niego my. Czas piękny 6h 53min,a to już 49km. Ponownie szybko się zbieramy i wychodzimy z punktu. Nie ma co siedzieć, zjemy maszerując. Ojj ze mną nie ma lekko 😉. 
Droga do roztok się wydłuża. Najpierw mocne podejście, ale my idziemy o wiele szybciej niż inne zespoły, ehh te alpejskie doświadczenie :), Madzia wymiata :). Mijają kolejne kilometry i pojawią się kolejne problemy ultrasowe. A dokładnie żołądek wariuje. Jakoś sobie w końcu radzimy i gramy dalej. Powolutku, ale do przodu. Wiara w siły duże, choć nogi ciężkie. Jednak jedno już wiem, zdobędziemy metę. Nagle ostatni punkt, okolo 10h 38min i  jakieś 12km do mety według tracka (nie wiedziałem, że track się lekko myli). Zalewamy organizm colą (moje ukochane ultra paliwo), wodą i izo. Sam wypiłem prawie litr, chociaż że miałem zawsze przy sobie prawie 1.5l. Mały prysznic z butli i ruszamy, meta czeka. 
Ostatni odcinek to żadne bieganie. Do tej pory było miło. Były mocne podbiegi, gonienie po grani i silne zbiegi, ale nie sądziłem że końcówka to tylko chodzenie. Ściana w górę, ściana w dół i tak trzykrotnie. Podchodzenie, choć czasochłonne idzie nam wyśmienicie, ale te zbiegi :(. Nieźle dowalili, nie wariujemy, tylko spokojnie przeprowadzam Magdę na dół. Takie zbiegi to nie dla niej.
Mostek i ostatnia prosta

Nagle pojawia się strumyk... schodki... mostek, ojj rośnie euforia. Skręt w prawo, nawrotka i już widać metę. Łapiemy się za ręce i eksplodujemy ze szczęścia. Mam swoją ultraske 😊. Cudnie było 😊. Łapie medal, piwo i padam na trawkę obok ukochanej po 13h 53min walki 😃.
Jaki jest rzeźnik? - końcówka masakruje.
Jakie są Bieszczady? -na pewno wrócę.
Jakie jest ultra?- cudna przygoda. 
Dobra,  czas leczyć rany. Mam miesiąc do SGS-a, a w połowie rzeźnika znów poczułem przeciążony staw, ehh mam nadzieję że będzie dobrze :). 


sobota, 26 maja 2018


Toporna setka


W połowie maja postanowiłem rozpocząć swoją tegoroczną przygodę z górskim ultra, a dokładnie po raz trzeci zmierzyć się z trasą Beskidzkiego Topora. Tym razem spróbowałem nowej trasy - Toporna setka. Postanowiłem zebrać kolejne doświadczenie w  100km biegu górskim, a mianowicie miałem zamiar pokonać 104km z przewyższeniem 4450m. Hmm.. niby łagodniej niż na BUGT-cie, ale trudniej niż na krynickiej setce. Powiem krótko, gładko nie było.

Trasa :D
Przygodę rozpocząłem już w piątek. Wraz ze znajomymi (Darkiem i Justyną) ruszyliśmy do
Andrychowa. Wspólna podróż szybko minęła :). Tym razem nie miałem zamiaru zjawić się przed samym startem, gdyż w ogóle bym nie spał ;P. Rozsiedliśmy się na hali i zacząłem swój rytuał- płatki przed biegiem popijane mlekiem 😄. Po 22 wypadało by usnąć, budzik pokazuje ciut powyżej 2h snu, ekstra :). Ludzie dosyć rozemocjonowani, więc ciężko było zasnąć. Nagle budzik, ubieram się, kawka i czas pójść na start.

1 w nocy, ruszamy!!!😅
 Znane szlaki z poprzednich edycji wydawały się całkowicie inne. Otoczyły je ciemność i mgła. Ehh... ta mgła była okropna. Czasem widziałem nawet tylko około pół metra do przodu? I jak w takich warunkach zbiegać?  Ile to ja razy zbiegłem z trasy wprost w drzewa, bo nie widziałem nawet wydeptanej ścieżki przed sobą. Albo gdy nagle wleciałem do strumyka po kostki, bo nie widziałem mostku (mimo że tą trasę już znałem :P ) czy do wielkiej kałuży (dupnej kałuży :D ) na trasie do schroniska. Ojj... chyba wszystkie zwierzęta usłyszały moje niezadowolenie z mokrych butów. Tak czekał mnie cały dzień w mokrych butach :D.
 Dobre oznakowanie, szlaki, track na zegarku nic nie dawały, błąkałem się w ciemności oczekując zbawiennego wschodu. Zbieganie w nocy było kiepskie, prawa kostka trzykrotnie mi uciekła, ale o tym na końcu ;). Pierwszy etap pokonywałem w towarzystwie dwójki biegaczy. By Czarny Groń zdobyć na drugim miejscu. Ehh.. rywal mi uciekł i dogoniłem go dopiero po powrocie na Leskowiec. Podczas powrotu zacząłem czuć dwugłowce uda, przeciążenie z zeszłej jesieni, a dokładnie już oba. Szykowała się ostra walka w głowie :D.
Leskowiec, zaczynamy kryzys :P
Za Leskowcem szykowała się kolejna pętelka, a dokładnie pętla rychwałdzka. Bardzo przyjemny szlak do biegania :). Na tym odcinku znów prowadziłem, jednakże podczas powrotu na Potrójną poczułem jak uciekają mi siły. Wiem to już był 55-ty km, jednakże liczyłem że lekki podbieg asfaltowy nie będzie w tempie 5:40 min/km. Na Potrójną wbiegam w towarzystwie 2 biegaczy, którzy na krótkim odcinku na Kocierz wyrabiają nade mną trzy minutową przewagę . Z Kocierzy wybiegam pierwszy. Nie mam ochoty na zupkę (bym nie wstał już z ławeczki 😜 ), moim paliwem stają się czekolada, pomarańcze i cola 😃 . Z kubkiem coli na drogę ruszam dalej. Droga wije się powoli w dół do Międzybrodzia Żywieckiego. Za kolejnym punktem mam kolejny spacerek, świeżo budowana kamienna droga jest dla mnie za stroma. No cóż, czas na odpoczynek :) i pogawędkę z budowlańcami o sensie biegu. Jaki sens? Meta i tamtejsze piwo :D. Po kolejnych kilometrach ląduję na zielonym szlaku w Międzybrodziu. Hmmm, ostatnio w majówkę wbiegałem tędy z Madzią na Żar :). Szkoda, że jej nie ma, by urozmaiciła mi długie godziny samotnego biegu, albo chociaż zmotywowała mnie do walki, a nie kolejnego spacerku tym razem na Kiczerę (no dobra parę pary coś podbiegłem ;P )
Ostatnie kilometry biegu
Na Kiczerze wracam na wspólny szlak z zawodnikami na 73km, a na samym górze dowiaduję się, że jestem drugi. Lekko się niepokoiłem, gdyż nie wiedziałem co się stało z moim rywalem. Mimo, że walczymy o miejsca, to górscy ultrasi to przyjaciele :). Od pierwszej edycji uwielbiam tekst wolontariuszy z Kiczery "Teraz już długi zbieg". Jasne ;). Zbieg okropnie trudny i od Porąbki jeszcze dwie mocne wspinaczki, a zwłaszcza tą na Jaworzynę :). W drodze z Porąbki do Targanic towarzyszyła mi dwójka biegaczy z krótszego dystansu. Miałem motywację do biegu, a i czas lepiej mijał. Leciałem od punktu z colą do kolejnego :D. A z Targanic to już rzut beretem. Ostatni spacer i później próba zbiegu z walką o sub 13h.
Przekraczam ostatni strumyk i ląduję na mecie po 12h 58 minutach na drugiej pozycji. Nogi zmasakrowane, ale uradowany.  Na mecie czekała na mnie kamizelka finishera- cudo :D oraz piwo :D. Po krótkiej pogawędce z organizatorami, idę pod prysznic i masaż. Ciężkość nóg schodzi, ten masaż przywrócił mnie do życia -super, profesjonaliści :). Po masażu wracam do stolika do znajomych. Zjechało się sporo nightów. Piękne wyniki przyjaciele :).
Dekoracja
Po paru godzinach idę na dekorację, podczas której otrzymałem kolejny topór. Tym razem dużo większy :D. Chwila triumfu i zbieram się z powrotem do Bielska na kolejną imprezę :).
Z biegu jestem zadowolony. Uwielbiam tę imprezę. Pełno punktów odżywczych, fajna trasa biegowa i świetna atmosfera na mecie :). Pewnie jeszcze wrócę :). A jak ciało? O dziwo, spokojnie poszedłem do roboty. Nogi nie były zjechane, jednakże w życiu nie może wszystko grać. Kostka spuchła, w nocy przeciążyłem przednie więzadła stopy. Noga dopiero zaczęła wyglądać normalnie w środę (po 4 dobach). Od czwartku powoli zacząłem truchtać, a już w weekend odwiedziłem zabrzańskie hałdy z ukochaną i znajomymi.
Post zakończę cytatem, który kiedyś widziałem na facebooku.
"Przestań się zamartwiać tym, co może pójść nie tak, a zacznij się ekscytować tym, co może się udać"

Czas wracać do biegania, czeka Rzeźnik, już tylko 5 dni :).



wtorek, 24 kwietnia 2018


DOZ Łódź Maraton

Nadszedł kwiecień, a wraz z nim mój jedyny wiosenny maraton. Przygotowania do startu były ciężkie. Zanim potrafiłem nałożyć pełne obciążenie byłem już na ostatniej prostej do startów kontrolnych. Nie zawsze wychodziły dobrze, ale z każdym kolejnym biegiem czułem się lepiej. Zawody powoli mnie nakręcały :).

Ruszamy!!!

W sobotę ruszyliśmy z Madzią do Łodzi. Miasto mnie pozytywnie zaskoczyło, a Piotrowska to naprawdę ciekawa alejka :). Darmową komunikacją ruszyliśmy do Atlas Areny odebrać pakiety, dosyć bogate pakiety. Dostaliśmy fajną koszulkę, batony i napoje, a sprawność załatwienia formalności oszałamiająca. Lubię to w tych mniejszych biegach. Małym minusem była wielkość porcji "pasta party", ale po dodatkowym dobrym posiłku w centrum ruszyliśmy spać.
Poranek był cudny, słońce świeciło, temperatura miła i tak rześko. Na start ruszyłem na luzie, żadnej spiny. Będzie co będzie, wezmę każdy wynik :). Półmaraton w Warszawie, mimo że bez życiówki, dał mi pretekst do zaryzykowania. Postanowiłem powalczyć o tempo 3:55 w pierwszej połowie biegu.
Dzień wcześniej na Piotrowskiej

Ruszyliśmy!! Leciało się dobrze, a butelki z wodą na punktach mile zaskoczyły (supcio). Dwa łyki, a reszta na głowę i łydki (ojj bałem się ich odwodnić). Kilometry leciały, a na rynku rozbrzmiewała muzyka rockowa ... ahh ta gitarka :). Nagle z Piotrowskiej skręcamy w lewo i znów wiatr w twarz. Czułem, że dziś lecę na samopoczucie, odpuściłem na siłę trzymanie tempa chłopaków z przodu. Nie były to wielkie straty, bo na lekkich zbiegach potrafiłem ich doganiać.
Kolejne punkty, kolejne uśmiechy, a ja po rozejściu tras (maratońskiej i półmaratońskiej) bywałem sam pośrodku budynków. Jedynie było słychać doping z ulicy czy ucieszne "dasz radę" pewniego dziadka z balkonu. Półmetek z czasem około 1:23.
Po 25km wylecieliśmy z gęstej zabudowy i zaczęło grzać. Jeszcze raz się powtórzę, ale ... genialne były te butelki ze sportowym ustnikiem :D. Długa prosta i kolejny punkt z kibicami. Przybijam kilkanaście "piątek" dzieciakom, biorę łyk wody i nie dowierzam. Ale ta radość wpłynęła na moje tempo :). Na samym dole nawrotka i biegniemy z powrotem do mety. Pod górkę siły uciekają ... ojj zaczynają się schody. Nagle na horyzoncie atlas arena, jednakże czeka mnie mała pętelka :(. Widzieć metę i usłyszeć "tylko 9km" daje w kość. Czuję, że rekord yciowy ucieka. Rzucam wyzwanie sobie by powalczyć o sub 2:50. Pętla wokół parku się dłuży. Puste ulice, cicho, a ja coraz słabszy. Odliczam każdy kilometr, a już za znacznikiem "40 kilometr" każde 100 metrów. Ponownie wyłania się Atlas Arena :D. Próbuję zerwać się po raz ostatni , ale nogi ciężkie. Dwa zakręty i lecę w dół wprost do hali. Rozpędzam się z górki i gnam do mety, by po 2h 50 min i 14 s być na mecie.

Podczas wywiadu dowiaduję się, że jestem w pierwszej dziesiątce - szok. Niemożliwe? Okazuje się, że to prawda, jestem 6-ty na mecie i 5-ty maratończyk. Cudnie, miłe zakończenie łódzkiego maratonu :). Po chwili przybiega Magda, która przekracza metę jako 4-ta kobieta. Cudnie kochanie :*. Po wspólnej dekoracji lecimy świętować, a dokładnie uzupełniać kalorie :).
Kiedy kolejny maraton, może jesienią? Teraz czas na góry :D
Idziemy świętować


czwartek, 22 marca 2018


Przedwiośnie

Okres przygotowawczy do kolejnego sezonu był ciężki. Po starcie w Zimowym Maratonie Bieszczadzkim się rozsypałem. Zacząłem kolejną walkę z przeciążeniem, a dokładnie ponownie z shin splitem :(. Dostałem powtórkę ze zeszłego roku. Ciekawe jak długo będę czekał na powrót do pełni zdrowia? Byłoby łatwiej, gdyby nie jeden fakt. Jaki? Moja  chęć biegania jest większa od porządnego odpoczynku, który by spowodował szybszy powrót do pełnego obciążenia, ehh.. ;) W wyniku tego przytruchtałem większość lutego :(.


Nadszedł marzec, czas moich pierwszych startów. Na początek ruszyłem do Szczyrku na RMD, czyli bieg na Klimczok. Start był pewien obaw, dopiero zacząłem kręcić sporadycznie mocniejsze treningi. Jednak poziom wiary we swoje możliwości, zawsze u mnie na wysokim poziomie ;P. Rozgrzewkę skróciłem do minimum, czyli w ogóle pominąłem :P. Ten weekend to była  kolejna fala mrozów. Ruszyliśmy. Pierwsza ścianka, a ja czuję się nieźle. Postanawiam powalczyć. Po paru kilometrach podbiegu, szlaki zaczynają się pokrywać śniegiem , ale na szczęście jakoś dawałem radę. Hmm, chyba nabrałem doświadczenia podczas zeszłorocznych startów. Nagle wypłaszczenie :). Gnam, a zarazem łapię oddech, bo lada moment ostatnie wdrapywanie i zbieg do schroniska. Na szczycie Klimczoka rozpędzam się i wyprzedzam kolejnych zawodników, by po 48 min i 32 sekundach wlecieć na metę na 11 -tej pozycji. Przed startem nie sądziłem, że tak dobrze mi pójdzie. Na górze czekał na mnie piękny zimowy krajobraz :D.

Minął kolejny tydzień. A ja ponownie jechałem na zawody. Tym razem chciałem sprawdzić swoją szybkość, więc wybrałem się do Parku Śląskiego na "Bieg wiosenny". To już pewna tradycja związana z tym biegiem, trzeci raz zaczynałem swój sezon w parku :). Linia startowa mocno zatłoczona. Finisz na stadionie Śląskim zachęciło do zjawienia się w parku ponad 3000 biegaczy, również i mnie. O 11 zaczęliśmy. Pierwsze kilometry szybkie. Już dawno nie czułem w nogach takiego tempa. 3 i 4 kilometr to wspinaczka pod planetarium. Tempo lekko siadło, ale było nadal optymistycznie. Jednakże po zbiegu i minięciu półmetka poczułem brak mocnych treningów. Tempo siadło do 4 min/km i utrzymałem je aż do mety łamiąc ostatecznie jedynie 39 minut. Po krótkiej pogawędce na bieżni ze znajomymi ruszyłem do szatni by przebrać mokre ciuchy, a zarazem zrolować napiętą łydkę. Od dawna już nie pojechałem na zawody sam. Poczułem to po wyjściu ze szatni. W natłoku mas biegaczy czułem się samotny. W ostatnich zawodach zawsze ktoś mi towarzyszył, a to rodzinka, a to Madzia. Usiadłem sobie na trawce, zjadłem zupkę i stwierdziłem, że nic tu po mnie. Zwinąłem się do Pławniowic, by zrobić sobie z psiakiem cool down, czyli spacer po wiosce :D.

W ostatni weekend astronomicznej zimy wybraliśmy się z Madzią na tamtejszy półmaraton. Tygodniowa radość z biegania w krótkich spodenkach szybko się skończyła, a Żywiec przywitał nas mroźnym, porywistym wiatrem. Zbliżająca się godzina 10 zmusiła nas z wyjścia z ciepłej stołówki i udania się na rynek, gdzie znajdował się start. Pierwsze kilometry były szybkie, a pagórki niezbyt obciążające. Tempo zaskakiwało, a pierwszy pomiar na 5-tym kilometrze optymistyczny (18:49). Nagle 7km, nie wiem co było w tym podbiegu. Za stromo, za wietrznie? Nie wiem, ale kilometry już wolniej leciały ;P. Odżyłem dopiero na zaporze. Wiatr zmienił kierunek? Czy może świadomość dużego zapasu energii jak na ten etap biegu? Ruszyłem :). Trasa wiodła lekko do góry w urokliwym lasku. Co pewien czas można było zerknąć na jezioro, bądź góry. Poczułem moc i zacząłem przyśpieszać i wyprzedzać współtowarzyszy biegu. Ostatnie kilometry znów były trudniejsze, w wyniku czego sekundy uciekały. Jednakże ostatni zbieg na 19km to cudo :D. Znów poczułem prędkość i tą nieziemską wolność :D. Na metę wleciałem po 1:24:31 na 43 pozycji. Hmm, dość daleko od życiówki, ale ogólnie to jestem zadowolony :). Po chwili na mecie zjawiła się Madzia, która wywalczyła podium w swojej kategorii wiekowej :* . Piękne zakończenie zimy.

A już niebawem nadchodzi wiosna!! Za 2,5 dnia ruszam zmierzyć się z warszawskim półmaratonem, a stamtąd już ostatnia prosta do Łodzi.  

wtorek, 6 lutego 2018

Zimowy Maraton Bieszczadzki vol.2

Tegoroczny sezon rozpocząłem w Bieszczadach, gdzie postanowiłem ponownie zmierzyć się z trasą ZMB :). Mimo nowych przeciążeń liczyłem na dobry start albo co najmniej świetną zabawę :D.

Na bieg ruszyłem ze 4-ką znajomych już w piątek. Jazda samochodem szybko mijała, a Bieszczady przywitały nas śniegiem nie tylko w górach, ale również na przydrożnych polach. Było przytulnie, a aura na zewnątrz sugerowała piękne widoki podczas niedzielnego startu. Po szybkim kwaterunku i małej kolacji ;), czas na początek regeneracji :).


Siekerada :D
 Plany na sobotę plątały się w głowie. Umysł myślał o pięknych połoninach, ale rozważniej byłoby odpocząć i nie przemęczać słabych nóg. Skończyliśmy na wspólnym wyjeździe do Cisnej i przeczekaniu czasu do otwarcia biura zawodów w Siekeradzie. Super knajpka, a klimat niezwykły. Spędziliśmy kilka godzin na rozmowach i żartach przy piwie i pysznym jadle :P. Wieczorkiem już tylko mini grill na aneksie i ostateczne przygotowanie zestawu biegowego na poranek.

Niedziela rozpoczęła się wcześnie. Pobudka o  5 na śniadanie, by już przed 7 być na linii startowej. Na starcie pełno znakomitych biegaczy, a pośród nich stałem ja. Nagle ruszyliśmy. Pierwsze kilometry po asfalcie zleciały szybko, choć do tempa maratońskiego wiele brakowało. Po pierwszych kilometrach wywalczyłem pozycje na początku drugiej dziesiątki, choć liderzy uciekli mi już z horyzontu.
Trasa była łatwiejsza niż w zeszłym roku, jeszcze mniej śniegu. W wielu miejscach przebijała się nawierzchnia. Tempo było dosyć wysokie, więc postawiłem na mieszankę czekoladek i żeli popijanych wodą. Tak mijały mi kolejne kilometry. Często biegłem sam, sam pośrodku Bieszczad :D. Na punkcie na 27km byłem tylko około 2 minuty wcześniej niż rok temu, dużego postępu nie zrobiłem ;P. Kolejne punkty do Brzeziniaka pod górę były wyczerpujące. Czułem, że brak mi sił. Czyżby moja wytrzymałość osłabła? A może cukry mi się skończyły? Podczas podbiegu straciłem kolejną pozycję, choć liczyłem że odrobię to w późniejszym etapem. Nagle z naprzeciwka biegnie zwycięzca- Bartosz. Nie liczyłem, że ktoś będzie miał taką przewagę nade mną :(. Niesamowity biegacz.

Dekoracja :D
Zbieg do karczmy był super. Nogi latały w śniegu, ale w przeciwieństwie do zeszłego roku, dało się biec. W karczmie wziąłem dwa kubki coli plus kielich na wzmocnienie ;P  i z pierogiem w łapie wybiegłem na trasę :D. Droga powrotna na stekówke była dobra. Śniegu pod nogami było nadal pełno, ale pamiętam jak to wyglądało rok temu. Po małej wspinaczce został już kilku-kilometrowy zbieg do mety. Na szarże nie miałem sił, leciałem średnio 4:25 min/km. Jednakże było cudnie. Meta coraz bliżej, a z naprzeciwka co moment wyłaniał się znajomy. Piątki, uśmiechy i zbieg. Można marzyć o czymś więcej? Nagle skręt na tory i ostatni  kilometr do mety. Ukończyłem bieg (44.6km) po 3h i 24 minutach z 12 lokatą. Natomiast w swojej kategorii byłem pierwszy 😃🏆.

Jaki jest ZMB? To ciągła zabawa. Na mecie grzanie piwo, żurek :P i pełno znajomych. Przez cały weekend człowiek nie myśli o walce na trasie, ale o mile spędzonym wypadzie. Niby jest  mały niedosyt, ale... Czy wynik jest najważniejszy? Takie starty są potrzebne, bo bieganie to coś więcej niż tempo ;).
 Szkoda, że Magda nie mogła ze mną jechać, ale jeszcze wrócę z nią do Cisnej :).
A jak się czuję po biegu.  Hmm... maraton mnie nie uleczył ;P. Jednakże mam nadzieję, że już wychodzę z kłopotów zdrowotnych. Trochę jest czasu na zbudowanie i wyszlifowanie formy.

Wpis zakończę najlepszym podsumowaniem biegowego weekendu
"A może by tak wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady?"




środa, 6 grudnia 2017

Koniec cyklu, roztrenowanie.


Czas kolejnego cyklu biegowego dobiegł końca. Nie udało się ponownie podzielić roku na dwa cykle (zgodnie z zaleceniami książek :P ). Po zimowych przygotowaniach, nastał czas wiosennych startów. Wiosenna batalia gładko przeszła przez czerwcowe zawody na 10k, następnie letnie starty i moją jesienną batalie zakończona dopiero na eliminatorze. Obecnie raduje się ostatnią częścią cyklu, czyli roztrenowaniem.
Brak podziału roku na dwa cykle skutkuje tylko  jednym przygotowaniem startowym, grudniowo -kwietniowym (w sumie ok. 18 tyg). Zaczynam go spokojnym budowaniem wytrzymałości i siły poprzez dłuższe przebieżki w zimowej aurze. Wraz z przebłyskami wiosny, moje bieganie przyśpiesza. Skupiam się na takich jednostkach treningowych jak: biegi ciągłe i interwały. Między sezonem wiosennym, a jesiennym biegam na tzw. "czuja" ;P. Bez planu, bez logicznego wzrostu obciążenia, bez przemyślanego taperingu. Nie ma kiedy ;).  Jest to mieszanka regeneracji po startach, mocnych szybkich jednostek, wyjścia w góry czy zwykłych wybiegań.

A jak wygląda tegoroczne roztrenowanie?

Rozpocząłem je już powoli po maratonie w Poznaniu. Moje mięśnie były już przeciążone wraz z początkiem września. Do czasu ateńskiego maratonu zluzowałem z kilometrażem (do ok. 60-75km/tydzień) przy jednoczesnej próbie zachowania szybkości. Celem było odzyskanie sił i podleczenie się. Udało się!! Do Aten leciałem z dobrymi prognozami odnośnie zdrowia (mięsień  pośladkowy i Achilles -cały :D ).
 Kolejny etap redukcji obciążenia nastąpiło po moim ostatnim maratonie. Zacząłem je krótkimi wakacjami w Atenach. Koniec tygodnia uzupełniłem paroma wyjściami regeneracyjnymi (wyszło w sumie 30km), by w tygodniu ostatnich zawodów (Eliminator) dobić do 45km/tyg. Eliminator to głównie pokaz siły nóg na wymagającym stoku Czantorii. Najważniejsze było odzyskanie świeżości po maratonie.
Po ostatnich zawodach nastąpiło główne dwu-tygodniowe roztrenowanie. W przeciwieństwie do kolegów, ja nie rezygnuję całkowicie z bieganie (chyba, że  leczę przeciążenie, jak w zeszłym roku). Przy przyjemnej pogodzie wychodzę raz na kilka dni na krótką lekką przebieżkę (ok. 30-50 min w tempie konwersacyjnym). W gorszych warunkach zewnętrznych, siadam na rowerku treningowym i kręcę sobie pół godzinki dla uspokojenia ducha :).


Jaki był ten makrocykl?

Postanowiłem utrzymać zeszłoroczny kilometraż (raporty z obu cykli są zbliżone) przy jednoczesnym zwiększeniu intensywności. Mniej więcej się udało, choć nie książkowo, wszystkie życiówki na asfalcie poprawione :D.

Z lewej ubiegłoroczny, z prawej tegoroczny raport biegowy



W tym roku skupiłem się na biegach górskich, moja suma przewyższeń wzrosła o 50% do wartości prawie 50km w pionie (według gps garmina).
Poniżej przedstawiam miesięczną strukturę kilometrażową z dwóch ostatnich lat. Nieźle widać przeciążenie lutowo-marcowo, natomiast te jesienne pięknie przykryła krynicka setka :D.
Ostatnia ciekawostka. Na dzień przypadło mi 12,7km (licząc również dni nie biegowe), a w ciągu roku bieganie zajęło mi 66 min na dzień albo około 16,5 dnia w ciągu roku. Nawet niewielka część życia :). 

Z lewej ubiegłoroczny, z prawej tegoroczny kilometraż w rozłożeniu na miesiące



wtorek, 28 listopada 2017

Eliminator


Na koniec sezonu wybrałem się z Madzią do Ustronia na Eliminator-a, czyli bieg kończący
tegoroczną ligę biegów górskich. Jest to 4-etapowy bieg alpejski w formie eliminacji. Po każdym etapie liczba uczestników redukuje się o 1/4 stanu początkowego. A cóż to za etap? :). Ten tylko wie, kto wchodził na Czantorię wzdłuż stoku. Nie bez powodu bieg nazywa się "górska masakra". Tylko niby  1700 metrów, ale z przewyższeniem ok. 450m, czyli średnie nachylenie 27% :D.


Jesienią zrobiliśmy dwukrotny rekonesans trasy. Hmm, cudów nie było, czas powyżej 21 minut. Jak to ująłem po jednym z  treningów: "będzie trzeba ścisnąć du** o awans do finału". Tak, celem jest pokonać czterokrotnie górę. Zadanie utrudnia nie tylko stromy stok, ale również mocna ekipa zawodników. W stylu alpejskim nie czuję się za mocny, choć lepiej niż w anglosaskim (oczywiście najlepiej czuję się w dłuższych dystansach i ultra :P ).

Nadszedł dzień startu, było ciut cieplej niż przez ostatnie dni, co wprawiło mnie w lepszy nastrój. A na starcie odnalazłem nawet kilku znajomych :). Trochę pogawędek i po lekkim opóźnieniu ruszamy. Ludzie wyskoczyli niesamowicie, ale sprint. Jednakże gdy oni zaczynali zwalniać, ja spokojnym truchtem ich doganiałem. Po minięciu pierwszego rowu, na zmianę to idąc to podbiegając, osiągam swoją docelową pozycję w hierarchii. Jest półmetek :). Hmm ... 8:30, nieźle ale przede mną gorsza część. Walczę ze sobą na każdym kroku, gdy stromizna ciut maleje próbuję pocisnąć biegiem i w końcu ląduje na mecie jako 33 mężczyzna z czasem 18:56 :D. Ooo.. znów to samo. Treningi i zawody to u mnie dwa światy :P. He, ciekawe kiedy będę porządnie trenował :). Czuję, że finał powinien być mój, jeśli nie wyzeruję energii (było 295 zawodników, więc odpada co etap 74). Robię łyk wody, by zwilżyć rozgrzane gardło, a tu Magda się pojawią na 4-tej pozycji :D.

Schodzimy spokojnie, ze zdobytą opaską, w dół na kolejną rundę. Po chwili, dobra po półgodzinnej przerwie na zejście, ruszam. Znów spina :)  ... półmetek 25 sekund gorzej, ale później dodaję czadu i mam metę po 19 min i 19 sekundach jako 34 :). Zejście urozmaicam sobie pogawędką z Wiktorem i dopingiem dziewcząt.

Na dole, na starcie rozmawiam z Dawidem i Karolem. Mamy jeden wspólny cel, awans :). Naładowani energią lecimy. Moje uda zaczynają odczuwać trud zawodów. Na półmetku widzę, ze zegar wybija 9:08, ale ciągle zielone światło (oznacza to, że moja  pozycja gwarantuje mi awans). Mój dobry górski chód pozwala mi utrzymywać pozycje i przekraczam matę z czasem 19:50. Ehh, zmęczony, ale uradowany :D, 42 lokata i czarna opaska na ręku :D.

 Na ostatnim etapie pojawiam się ja i Karol (dawał czadu :D ). Szkoda reszty znajomych :(, ale cudownie było choć przez chwilę z wami pogadać :). Patrzę na stok ... jestem zmęczony, cel zrealizowany, wystarczy tylko wejść po medal . Jednakże postanawiam powalczyć ;), choć już nie ma spiny. Nagle ostatni wystrzał!! Zauważam po chwili, że mój kiepski początkowy sprint wyrzuca mnie na szary koniec stawki. Zmaga się wiatr, aż unosi namiot z zawodów. Po 300 metrach uzyskuję swoją typową pozycję. W oddali widzę czołówkę, nie mam mocy by ich gonić. Czuję, że luzuję. Półmetek dopiero po 9:44, a metę po raz ostatni zdobywam po 20 minutach i 50 sekundach (dużo gorszy wynik od pozostałych rund, a i tak lepszy od treningu :P ). 4 etap kończę jako 46, a według sumy czasów ląduję na 40-tej lokacie :). Mam opaskę "SUPER HERO" :D.

Na mecie spotykam Łukasza. Przyjemna pogawędka skraca czas w oczekiwaniu na kobiecy finał. Po chwili na mecie wbiega znajoma twarz, Dominika w pięknym stylu zwycięża zawody, a zarazem całą ligę. Tuż za nią, na czwartej pozycji wyłania się Magda :*. Cóż za power :), a to dopiero jej drugie górskie zawody :D.  


 Eliminator to było podsumowanie moich zmagań z ligą. Spróbowałem swoich sił we wszystkich stylach, powalczyłem z elitą na mistrzostwach  w ultra (Niepokorny Mnich i BUGT), stawałem na podiach w bardziej kameralnych imprezach i ostatecznie w 12-stu najlepszych moich startach zdobyłem w sumie 647 pkt i plasuję się na 61 pozycji. Jest co poprawiać w 2018 :P. Najlepiej punktowane starty: ZiMB (90), Beskidzki Topór(90), Półmaraton Pilsko (80), Bieg na Hrobaczą Łąkę (65).