czwartek, 22 marca 2018


Przedwiośnie

Okres przygotowawczy do kolejnego sezonu był ciężki. Po starcie w Zimowym Maratonie Bieszczadzkim się rozsypałem. Zacząłem kolejną walkę z przeciążeniem, a dokładnie ponownie z shin splitem :(. Dostałem powtórkę ze zeszłego roku. Ciekawe jak długo będę czekał na powrót do pełni zdrowia? Byłoby łatwiej, gdyby nie jeden fakt. Jaki? Moja  chęć biegania jest większa od porządnego odpoczynku, który by spowodował szybszy powrót do pełnego obciążenia, ehh.. ;) W wyniku tego przytruchtałem większość lutego :(.


Nadszedł marzec, czas moich pierwszych startów. Na początek ruszyłem do Szczyrku na RMD, czyli bieg na Klimczok. Start był pewien obaw, dopiero zacząłem kręcić sporadycznie mocniejsze treningi. Jednak poziom wiary we swoje możliwości, zawsze u mnie na wysokim poziomie ;P. Rozgrzewkę skróciłem do minimum, czyli w ogóle pominąłem :P. Ten weekend to była  kolejna fala mrozów. Ruszyliśmy. Pierwsza ścianka, a ja czuję się nieźle. Postanawiam powalczyć. Po paru kilometrach podbiegu, szlaki zaczynają się pokrywać śniegiem , ale na szczęście jakoś dawałem radę. Hmm, chyba nabrałem doświadczenia podczas zeszłorocznych startów. Nagle wypłaszczenie :). Gnam, a zarazem łapię oddech, bo lada moment ostatnie wdrapywanie i zbieg do schroniska. Na szczycie Klimczoka rozpędzam się i wyprzedzam kolejnych zawodników, by po 48 min i 32 sekundach wlecieć na metę na 11 -tej pozycji. Przed startem nie sądziłem, że tak dobrze mi pójdzie. Na górze czekał na mnie piękny zimowy krajobraz :D.

Minął kolejny tydzień. A ja ponownie jechałem na zawody. Tym razem chciałem sprawdzić swoją szybkość, więc wybrałem się do Parku Śląskiego na "Bieg wiosenny". To już pewna tradycja związana z tym biegiem, trzeci raz zaczynałem swój sezon w parku :). Linia startowa mocno zatłoczona. Finisz na stadionie Śląskim zachęciło do zjawienia się w parku ponad 3000 biegaczy, również i mnie. O 11 zaczęliśmy. Pierwsze kilometry szybkie. Już dawno nie czułem w nogach takiego tempa. 3 i 4 kilometr to wspinaczka pod planetarium. Tempo lekko siadło, ale było nadal optymistycznie. Jednakże po zbiegu i minięciu półmetka poczułem brak mocnych treningów. Tempo siadło do 4 min/km i utrzymałem je aż do mety łamiąc ostatecznie jedynie 39 minut. Po krótkiej pogawędce na bieżni ze znajomymi ruszyłem do szatni by przebrać mokre ciuchy, a zarazem zrolować napiętą łydkę. Od dawna już nie pojechałem na zawody sam. Poczułem to po wyjściu ze szatni. W natłoku mas biegaczy czułem się samotny. W ostatnich zawodach zawsze ktoś mi towarzyszył, a to rodzinka, a to Madzia. Usiadłem sobie na trawce, zjadłem zupkę i stwierdziłem, że nic tu po mnie. Zwinąłem się do Pławniowic, by zrobić sobie z psiakiem cool down, czyli spacer po wiosce :D.

W ostatni weekend astronomicznej zimy wybraliśmy się z Madzią na tamtejszy półmaraton. Tygodniowa radość z biegania w krótkich spodenkach szybko się skończyła, a Żywiec przywitał nas mroźnym, porywistym wiatrem. Zbliżająca się godzina 10 zmusiła nas z wyjścia z ciepłej stołówki i udania się na rynek, gdzie znajdował się start. Pierwsze kilometry były szybkie, a pagórki niezbyt obciążające. Tempo zaskakiwało, a pierwszy pomiar na 5-tym kilometrze optymistyczny (18:49). Nagle 7km, nie wiem co było w tym podbiegu. Za stromo, za wietrznie? Nie wiem, ale kilometry już wolniej leciały ;P. Odżyłem dopiero na zaporze. Wiatr zmienił kierunek? Czy może świadomość dużego zapasu energii jak na ten etap biegu? Ruszyłem :). Trasa wiodła lekko do góry w urokliwym lasku. Co pewien czas można było zerknąć na jezioro, bądź góry. Poczułem moc i zacząłem przyśpieszać i wyprzedzać współtowarzyszy biegu. Ostatnie kilometry znów były trudniejsze, w wyniku czego sekundy uciekały. Jednakże ostatni zbieg na 19km to cudo :D. Znów poczułem prędkość i tą nieziemską wolność :D. Na metę wleciałem po 1:24:31 na 43 pozycji. Hmm, dość daleko od życiówki, ale ogólnie to jestem zadowolony :). Po chwili na mecie zjawiła się Madzia, która wywalczyła podium w swojej kategorii wiekowej :* . Piękne zakończenie zimy.

A już niebawem nadchodzi wiosna!! Za 2,5 dnia ruszam zmierzyć się z warszawskim półmaratonem, a stamtąd już ostatnia prosta do Łodzi.  

wtorek, 6 lutego 2018

Zimowy Maraton Bieszczadzki vol.2

Tegoroczny sezon rozpocząłem w Bieszczadach, gdzie postanowiłem ponownie zmierzyć się z trasą ZMB :). Mimo nowych przeciążeń liczyłem na dobry start albo co najmniej świetną zabawę :D.

Na bieg ruszyłem ze 4-ką znajomych już w piątek. Jazda samochodem szybko mijała, a Bieszczady przywitały nas śniegiem nie tylko w górach, ale również na przydrożnych polach. Było przytulnie, a aura na zewnątrz sugerowała piękne widoki podczas niedzielnego startu. Po szybkim kwaterunku i małej kolacji ;), czas na początek regeneracji :).


Siekerada :D
 Plany na sobotę plątały się w głowie. Umysł myślał o pięknych połoninach, ale rozważniej byłoby odpocząć i nie przemęczać słabych nóg. Skończyliśmy na wspólnym wyjeździe do Cisnej i przeczekaniu czasu do otwarcia biura zawodów w Siekeradzie. Super knajpka, a klimat niezwykły. Spędziliśmy kilka godzin na rozmowach i żartach przy piwie i pysznym jadle :P. Wieczorkiem już tylko mini grill na aneksie i ostateczne przygotowanie zestawu biegowego na poranek.

Niedziela rozpoczęła się wcześnie. Pobudka o  5 na śniadanie, by już przed 7 być na linii startowej. Na starcie pełno znakomitych biegaczy, a pośród nich stałem ja. Nagle ruszyliśmy. Pierwsze kilometry po asfalcie zleciały szybko, choć do tempa maratońskiego wiele brakowało. Po pierwszych kilometrach wywalczyłem pozycje na początku drugiej dziesiątki, choć liderzy uciekli mi już z horyzontu.
Trasa była łatwiejsza niż w zeszłym roku, jeszcze mniej śniegu. W wielu miejscach przebijała się nawierzchnia. Tempo było dosyć wysokie, więc postawiłem na mieszankę czekoladek i żeli popijanych wodą. Tak mijały mi kolejne kilometry. Często biegłem sam, sam pośrodku Bieszczad :D. Na punkcie na 27km byłem tylko około 2 minuty wcześniej niż rok temu, dużego postępu nie zrobiłem ;P. Kolejne punkty do Brzeziniaka pod górę były wyczerpujące. Czułem, że brak mi sił. Czyżby moja wytrzymałość osłabła? A może cukry mi się skończyły? Podczas podbiegu straciłem kolejną pozycję, choć liczyłem że odrobię to w późniejszym etapem. Nagle z naprzeciwka biegnie zwycięzca- Bartosz. Nie liczyłem, że ktoś będzie miał taką przewagę nade mną :(. Niesamowity biegacz.

Dekoracja :D
Zbieg do karczmy był super. Nogi latały w śniegu, ale w przeciwieństwie do zeszłego roku, dało się biec. W karczmie wziąłem dwa kubki coli plus kielich na wzmocnienie ;P  i z pierogiem w łapie wybiegłem na trasę :D. Droga powrotna na stekówke była dobra. Śniegu pod nogami było nadal pełno, ale pamiętam jak to wyglądało rok temu. Po małej wspinaczce został już kilku-kilometrowy zbieg do mety. Na szarże nie miałem sił, leciałem średnio 4:25 min/km. Jednakże było cudnie. Meta coraz bliżej, a z naprzeciwka co moment wyłaniał się znajomy. Piątki, uśmiechy i zbieg. Można marzyć o czymś więcej? Nagle skręt na tory i ostatni  kilometr do mety. Ukończyłem bieg (44.6km) po 3h i 24 minutach z 12 lokatą. Natomiast w swojej kategorii byłem pierwszy 😃🏆.

Jaki jest ZMB? To ciągła zabawa. Na mecie grzanie piwo, żurek :P i pełno znajomych. Przez cały weekend człowiek nie myśli o walce na trasie, ale o mile spędzonym wypadzie. Niby jest  mały niedosyt, ale... Czy wynik jest najważniejszy? Takie starty są potrzebne, bo bieganie to coś więcej niż tempo ;).
 Szkoda, że Magda nie mogła ze mną jechać, ale jeszcze wrócę z nią do Cisnej :).
A jak się czuję po biegu.  Hmm... maraton mnie nie uleczył ;P. Jednakże mam nadzieję, że już wychodzę z kłopotów zdrowotnych. Trochę jest czasu na zbudowanie i wyszlifowanie formy.

Wpis zakończę najlepszym podsumowaniem biegowego weekendu
"A może by tak wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady?"




środa, 6 grudnia 2017

Koniec cyklu, roztrenowanie.


Czas kolejnego cyklu biegowego dobiegł końca. Nie udało się ponownie podzielić roku na dwa cykle (zgodnie z zaleceniami książek :P ). Po zimowych przygotowaniach, nastał czas wiosennych startów. Wiosenna batalia gładko przeszła przez czerwcowe zawody na 10k, następnie letnie starty i moją jesienną batalie zakończona dopiero na eliminatorze. Obecnie raduje się ostatnią częścią cyklu, czyli roztrenowaniem.
Brak podziału roku na dwa cykle skutkuje tylko  jednym przygotowaniem startowym, grudniowo -kwietniowym (w sumie ok. 18 tyg). Zaczynam go spokojnym budowaniem wytrzymałości i siły poprzez dłuższe przebieżki w zimowej aurze. Wraz z przebłyskami wiosny, moje bieganie przyśpiesza. Skupiam się na takich jednostkach treningowych jak: biegi ciągłe i interwały. Między sezonem wiosennym, a jesiennym biegam na tzw. "czuja" ;P. Bez planu, bez logicznego wzrostu obciążenia, bez przemyślanego taperingu. Nie ma kiedy ;).  Jest to mieszanka regeneracji po startach, mocnych szybkich jednostek, wyjścia w góry czy zwykłych wybiegań.

A jak wygląda tegoroczne roztrenowanie?

Rozpocząłem je już powoli po maratonie w Poznaniu. Moje mięśnie były już przeciążone wraz z początkiem września. Do czasu ateńskiego maratonu zluzowałem z kilometrażem (do ok. 60-75km/tydzień) przy jednoczesnej próbie zachowania szybkości. Celem było odzyskanie sił i podleczenie się. Udało się!! Do Aten leciałem z dobrymi prognozami odnośnie zdrowia (mięsień  pośladkowy i Achilles -cały :D ).
 Kolejny etap redukcji obciążenia nastąpiło po moim ostatnim maratonie. Zacząłem je krótkimi wakacjami w Atenach. Koniec tygodnia uzupełniłem paroma wyjściami regeneracyjnymi (wyszło w sumie 30km), by w tygodniu ostatnich zawodów (Eliminator) dobić do 45km/tyg. Eliminator to głównie pokaz siły nóg na wymagającym stoku Czantorii. Najważniejsze było odzyskanie świeżości po maratonie.
Po ostatnich zawodach nastąpiło główne dwu-tygodniowe roztrenowanie. W przeciwieństwie do kolegów, ja nie rezygnuję całkowicie z bieganie (chyba, że  leczę przeciążenie, jak w zeszłym roku). Przy przyjemnej pogodzie wychodzę raz na kilka dni na krótką lekką przebieżkę (ok. 30-50 min w tempie konwersacyjnym). W gorszych warunkach zewnętrznych, siadam na rowerku treningowym i kręcę sobie pół godzinki dla uspokojenia ducha :).


Jaki był ten makrocykl?

Postanowiłem utrzymać zeszłoroczny kilometraż (raporty z obu cykli są zbliżone) przy jednoczesnym zwiększeniu intensywności. Mniej więcej się udało, choć nie książkowo, wszystkie życiówki na asfalcie poprawione :D.

Z lewej ubiegłoroczny, z prawej tegoroczny raport biegowy



W tym roku skupiłem się na biegach górskich, moja suma przewyższeń wzrosła o 50% do wartości prawie 50km w pionie (według gps garmina).
Poniżej przedstawiam miesięczną strukturę kilometrażową z dwóch ostatnich lat. Nieźle widać przeciążenie lutowo-marcowo, natomiast te jesienne pięknie przykryła krynicka setka :D.
Ostatnia ciekawostka. Na dzień przypadło mi 12,7km (licząc również dni nie biegowe), a w ciągu roku bieganie zajęło mi 66 min na dzień albo około 16,5 dnia w ciągu roku. Nawet niewielka część życia :). 

Z lewej ubiegłoroczny, z prawej tegoroczny kilometraż w rozłożeniu na miesiące



wtorek, 28 listopada 2017

Eliminator


Na koniec sezonu wybrałem się z Madzią do Ustronia na Eliminator-a, czyli bieg kończący
tegoroczną ligę biegów górskich. Jest to 4-etapowy bieg alpejski w formie eliminacji. Po każdym etapie liczba uczestników redukuje się o 1/4 stanu początkowego. A cóż to za etap? :). Ten tylko wie, kto wchodził na Czantorię wzdłuż stoku. Nie bez powodu bieg nazywa się "górska masakra". Tylko niby  1700 metrów, ale z przewyższeniem ok. 450m, czyli średnie nachylenie 27% :D.


Jesienią zrobiliśmy dwukrotny rekonesans trasy. Hmm, cudów nie było, czas powyżej 21 minut. Jak to ująłem po jednym z  treningów: "będzie trzeba ścisnąć du** o awans do finału". Tak, celem jest pokonać czterokrotnie górę. Zadanie utrudnia nie tylko stromy stok, ale również mocna ekipa zawodników. W stylu alpejskim nie czuję się za mocny, choć lepiej niż w anglosaskim (oczywiście najlepiej czuję się w dłuższych dystansach i ultra :P ).

Nadszedł dzień startu, było ciut cieplej niż przez ostatnie dni, co wprawiło mnie w lepszy nastrój. A na starcie odnalazłem nawet kilku znajomych :). Trochę pogawędek i po lekkim opóźnieniu ruszamy. Ludzie wyskoczyli niesamowicie, ale sprint. Jednakże gdy oni zaczynali zwalniać, ja spokojnym truchtem ich doganiałem. Po minięciu pierwszego rowu, na zmianę to idąc to podbiegając, osiągam swoją docelową pozycję w hierarchii. Jest półmetek :). Hmm ... 8:30, nieźle ale przede mną gorsza część. Walczę ze sobą na każdym kroku, gdy stromizna ciut maleje próbuję pocisnąć biegiem i w końcu ląduje na mecie jako 33 mężczyzna z czasem 18:56 :D. Ooo.. znów to samo. Treningi i zawody to u mnie dwa światy :P. He, ciekawe kiedy będę porządnie trenował :). Czuję, że finał powinien być mój, jeśli nie wyzeruję energii (było 295 zawodników, więc odpada co etap 74). Robię łyk wody, by zwilżyć rozgrzane gardło, a tu Magda się pojawią na 4-tej pozycji :D.

Schodzimy spokojnie, ze zdobytą opaską, w dół na kolejną rundę. Po chwili, dobra po półgodzinnej przerwie na zejście, ruszam. Znów spina :)  ... półmetek 25 sekund gorzej, ale później dodaję czadu i mam metę po 19 min i 19 sekundach jako 34 :). Zejście urozmaicam sobie pogawędką z Wiktorem i dopingiem dziewcząt.

Na dole, na starcie rozmawiam z Dawidem i Karolem. Mamy jeden wspólny cel, awans :). Naładowani energią lecimy. Moje uda zaczynają odczuwać trud zawodów. Na półmetku widzę, ze zegar wybija 9:08, ale ciągle zielone światło (oznacza to, że moja  pozycja gwarantuje mi awans). Mój dobry górski chód pozwala mi utrzymywać pozycje i przekraczam matę z czasem 19:50. Ehh, zmęczony, ale uradowany :D, 42 lokata i czarna opaska na ręku :D.

 Na ostatnim etapie pojawiam się ja i Karol (dawał czadu :D ). Szkoda reszty znajomych :(, ale cudownie było choć przez chwilę z wami pogadać :). Patrzę na stok ... jestem zmęczony, cel zrealizowany, wystarczy tylko wejść po medal . Jednakże postanawiam powalczyć ;), choć już nie ma spiny. Nagle ostatni wystrzał!! Zauważam po chwili, że mój kiepski początkowy sprint wyrzuca mnie na szary koniec stawki. Zmaga się wiatr, aż unosi namiot z zawodów. Po 300 metrach uzyskuję swoją typową pozycję. W oddali widzę czołówkę, nie mam mocy by ich gonić. Czuję, że luzuję. Półmetek dopiero po 9:44, a metę po raz ostatni zdobywam po 20 minutach i 50 sekundach (dużo gorszy wynik od pozostałych rund, a i tak lepszy od treningu :P ). 4 etap kończę jako 46, a według sumy czasów ląduję na 40-tej lokacie :). Mam opaskę "SUPER HERO" :D.

Na mecie spotykam Łukasza. Przyjemna pogawędka skraca czas w oczekiwaniu na kobiecy finał. Po chwili na mecie wbiega znajoma twarz, Dominika w pięknym stylu zwycięża zawody, a zarazem całą ligę. Tuż za nią, na czwartej pozycji wyłania się Magda :*. Cóż za power :), a to dopiero jej drugie górskie zawody :D.  


 Eliminator to było podsumowanie moich zmagań z ligą. Spróbowałem swoich sił we wszystkich stylach, powalczyłem z elitą na mistrzostwach  w ultra (Niepokorny Mnich i BUGT), stawałem na podiach w bardziej kameralnych imprezach i ostatecznie w 12-stu najlepszych moich startach zdobyłem w sumie 647 pkt i plasuję się na 61 pozycji. Jest co poprawiać w 2018 :P. Najlepiej punktowane starty: ZiMB (90), Beskidzki Topór(90), Półmaraton Pilsko (80), Bieg na Hrobaczą Łąkę (65).

piątek, 17 listopada 2017

Ateny

Nadszedł czas ostatniego tegorocznego maratonu, a zarazem pierwszego wyjazdu zagranicznego. Lecimy z Madzią do kolebki maratonu, lecimy zdobyć Ateny.


Świątynia Zeusa z Akropolem w tle
Ateński maraton zaczyna się w miejscowości Maraton, w którym odbyła się antyczna bitwa pomiędzy Grekami, a Persami. Według legendy po zwycięstwie Greków, Filippides ruszył do Aten z informacją o wyniku bitwy i na jego cześć biegamy maratony ;P. Trasa biegu jest wymagająca ze względu na profil. Na 20 kilometrze czeka nas natrudniejszy, 10-cio kilometrowy podbieg. Słyszałem, że maraton ateński nie służy życiówkom, ale zobaczymy :D. Mam zamiar powalczyć, zwłaszcza że ostatnie tygodnie były niezłe treningowo. Natomiast meta znajduje się na stadionie Panathinaiko , na którym odbyły się pierwsze igrzyska nowożytne.
Po Poznaniu czułem się zmęczony. Nie przerażał mnie ani nie denerwował brak biegania przez kolejne trzy dni. Dopiero w czwartek wyszedłem na trening, a dokładnie na spotkanie zabrzańskich nightów. Po mile przegadanym spotkaniu, kolejnego dnia wybrałem się do Madzi by odbyć z nią pierwszy mocniejszy trening. Zrobiliśmy 12km w tempie 4:21. W sobotę dorzuciłem wybieganie po Beskidzie Śląskim, a dokładnie przetarliśmy trasę Czantoria - Stożek - Ustroń. Tydzień zakończyłem lekką regeneracją.
Kolejne tygodnie postanowiłem też zluzować. Miałem zamiar się wygaszać, co miało pozwolić mi na regenerację przeciążeń i odbudowę psychiczną po sezonie. Porzuciłem biegi regeneracyjne na rzecz krótkiego treningu rowerowego czy innej aktywności, a bieg interwałowy zastąpiłem serią trzy kilometrowych odcinków z tempem zbliżonym do maratońskiego ;).
Expo
Przyszła sobota, czas wylotu :). Podróż minęła ładnie, a ateńskie lotnisko przywitało nas ciepełkiem :D. Wsiedliśmy do metra i  jazda nad wybrzeże po pakiety. Cóż za organizacja, odebraliśmy numerki bez kolejki przy 18000 uczestników, a na miejscu największe expo jakie dotąd widziałem :).
Dzień zakończyliśmy krótkim spacerkiem, bo czekała nas wczesna pobudka. Autobusy przetransportowujące do Maratonu czekały już od 5:30 do 6:15, a sama jazda zajmowała prawie godzinę. Ciekawy był widok za okna. O wschodzie temperatura sięgała do 15 stopni, a Grecy stali w kurtkach i czapkach zimowych :P. Około 7 czasu greckiego szliśmy w tłumie biegaczy na stadion. Dostaliśmy wodę i w otoczeniu wzgórz oraz palącego się znicza olimpijskiego czekaliśmy na start :D.
Stadion w Maraton-ie
Nadchodzi 9. Rozstaję się z Madzią :* i ruszam do swojej strefy. Stoję w drugim bloku, tuż za elitą. Ostatnie minuty spędzam na pogawędce z kolejnym spotkanym Polakiem (do Aten przyjechało wielu rodaków, około 450). W końcu ruszamy, tempo wsiadło sprawnie i lecę. Pierwsze kilometry płaskie, ale czuję, że hamuje mnie lekki wiaterek wprost w twarz . Pierwsza dziesiątka planowo, ale nie czułem "flow-a", wiedziałem że dziś będzie ciężko.
Kolejna kilometry trasy to teren pagórkowaty, podczas której mieliśmy zdobyć kulminacyjnie wysokość o ponad 200m wyższą niż miejsce startu. Tempo siada, ale miałem zyskać na ostatnich 11km zbiegu, zwłaszcza że na zbiegu na 15 gnałem około 3:40. Kilometry spędzałem na podziwianiu genialnych kibiców. Krajobrazy, oklaski, zorba, wiwaty i ogromne ilości dzieciaków oczekujące na "piątkę" (w jednym momencie przybiłem chyba aż 10 :D ). Cudne były też tunele tworzące przez tłumy, czułem się jak kolarz na wielkich tour-ach :D. Z kolejnymi godzinami temperatura rosła dużo powyżej 20 stopni, ale punkty co 2,5km sprawiały, że nie odczuwałem żadnych problemów z nawodnieniem. Zwłaszcza, że na punktach rozdawali od razu całe butelki (nie bawią się w kubki).
Nastał 31km, a wraz z nim ostatni podbieg. Niestety byłem już zmęczony. Wiedziałem już wcześniej, że życiówka mi uciekła. Jednakże nie sądziłem, że nogi mnie nie poniosą na moich ukochanych zbiegach. Leciałem jedynie 4:15 min/km, a w planie miałem co najwyżej 3:50 :(. Cóż, zostało mi złamanie trójki i dobiegnięcie z uśmiechem na metę. Z tym ostatnim nie było problemów, jak zobaczyłem stadion to oszalałem. Ta akustyka, wiwaty kibiców, blask marmurów. Zapomniałem o biegu, a jedynie myślałem o łapaniu tej chwili. Zdobyłem ateńską metę z czasem  2:58:19 i 107 lokatą na ponad 15 tyś finiszerów ( lub 18 tyś uczestników ) i jako drugi Polak.
Ciut po minięciu mety na horyzoncie pojawiła się Madzia, która w niezwykły sposób złamała kolejną granicę maratońska :*. Piękny bieg i 3:11:25 :). Panathenaic Stadium będzie dla nas niezwykłym miejscem -pewnie wiecie dlaczego :D .

Ostatnie dni urlopu wykorzystaliśmy na odpoczynek, a dokładnie na spacerach, zakupach i podziwianiu Aten. Udało się zahaczyć o Akropol, Plakę, świątynie Zeusa, agorę ateńską i wiele innych cudnych miejsc. Wspomnienia z pierwszego mojego zagranicznego maratonu będą trwały we mnie na długo. A wszystkim wahającym się polecam szukać lotów na przyszły rok :D. Maraton w Atenach trzeba przeżyć :D.



czwartek, 2 listopada 2017

Jesienna batalia 2018

Jesień przemija, a wraz z nią moja druga część sezonu. Do końca zostały mi już tylko dwa biegi: maraton i górska masakra. Natomiast już dziś chciałbym podzielić się z wami moimi odczuciami wobec mojej batalii.

W podróży na Kasprowy
Jesienną walkę zacząłem od biegu marzeń- BUGT. Krajobrazowo cudny bieg, a przewyższenia niesamowite. Po prostu ten bieg trzeba przeżyć :D. Jednakże brakowało mi biegania. Tatry są za strome, a kozicą nie jestem, więc skaliste podłoże dodatkowo mnie spowalniało :(. Problemy żołądkowe   dobiły mój czas powyżej 12,5 h. Czy wrócę? Do Tatr, na pewno, kocham te góry :). A do rywalizacji? Hmm, marzenie spełniłem i nie czuję obecnie potrzeby powtórki.

Po krótkiej regeneracji ruszyłem do Raciborza, na moją ulubioną trasę półmaratońską. Mimo, że nigdy nie zrobiłem tam życiowego czasu, to przyciąga mnie ta impreza. Jest niesamowicie :), świetna organizacja, zawsze cieplutko :), a trasa przyjemna. W ogóle to raciborska impreza jest dla mnie szczęśliwa, bo zawsze udaje mi się powalczyć o podium w kategorii wiekowej :). Nigdy nie zapomnę finiszu Dawida na pierwszej edycji :). Czekam przyjacielu na nasze kolejne potyczki. Czy ostatnich wspólnie spędzonych zawodów z ukochaną :* oraz pysznych lodów na rynku i dokładki w Mc'u. Tym razem zakończyłem półmaraton w 1:21:15.
Raciborski bieg

Po raciborsku biegu zaczęły się problemy zdrowotne. Ciało nie wytrzymało :( i zacząłem walczyć z przeciążeniem mięśnia pośladkowego, który ostro niszczył mojego dwugłowca. Mimo to, chciałem B7D. Chciałem przekroczyć kolejną granicę kilo-metrażową. Walkę o fajny czas należało odłożyć. Noga mogła nie wytrzymać zbiegów, a najbardziej obawiałem się zejścia z trasy. Czy miałbym na tyle sił by posłuchać rozsądku i zrezygnować? Na szczęście nie musiałem tego sprawdzać, a nawet odważyłem się powalczyć na ostatniej górce i wbiec  po 12h i 20 min.
Cały festiwal jest boski :D, a krynicka setka cudna :). Pięknie się tam biegnie, a punkty żywnościowe są wyśmienite. Chcę tam wrócić :), by udowodnić sobie swoją siłę. Czy 11h jest realne?

Z przeciążenia nie wyszedłem, a już byłem we stolicy z ukochaną. Gdańsk mnie usatysfakcjonował pod względem tegorocznej życiówki, ale postanowiłem zaryzykować i powalczyć :P. Czy były szanse? Może treningowo nie szarpałem przez ostatnie tygodnie. Może zdrowie mnie spowalniało. Jednakże me serce wojownika nie pozwala mi tak łatwo rezygnować z eksploracji własnych możliwości. Po mocnym półmetku (1:23), brakowało mi lekkości w nogach. W drugiej połówce zderzyłem się ze ścianą i zakończyłem bieg  z ponad 8 minutową stratą do życiówki (2:55:11). Czy byłem zdruzgotany? Nie każdy bieg wychodzi. Poza tym jak się zamartwiać, jeśli po chwili przybiegła Madzia, z którą mogłem spędzić resztę weekendu.

Po krótkim odpoczynku, stanąłem na linii startu półmaratonu Silesia. Po rocznej przerwie wróciłem na trasę swoich pierwszych maratonów, choć dziś na części jej trasy. Czuję, że Silesia to mój domowy bieg, a meta na nowo otwartym stadionie wzbudzał dodatkowe emocje. Miało być luźno, ale ponownie wystartowałem w tempie na złamanie 1:20. Dopiero podbieg na ostatnich kilometrach z Siemianowic zweryfikował moje siły. Po godzinie i 22 minutach, z finiszem na pięknym stadionie, kończę HM Silesia. Ahh ten stadion, a odczucia towarzyszące bieganiu przy tylu kibicach nieziemskie :D.
Stadion!!!

Po Silesii zostało mi tylko 14 dni do kolejnej konfrontacji maratońskiej. Zaczynam w końcu wracać do mocniejszych treningów. Kiedy rośnie nadzieja na piękny start, dostaję cios od własnego ciała :(. Pobolewa stopa na tydzień przed startem, a następnie dołącza do niej Achilles. Czy odpuszczę? Phi, pobiegnę zdrowo-rozsądkowo, ale będę walczył :P. Nie jestem nauczony z rezygnacji marzeń ;).
Ruszam do Poznania z moim małym fanclubem- ze siostrą (przypomniał mi się opis ze startu Ślężańskiego) . Lubię poznańską trasę, a oprócz walki z najlepszymi nightami, mam okazję odwiedzić choć na momencik swoją babcię.
Po lekkim opóźnieniu ruszam na pełnym gazie. Na półmetku znów notuję czas około 1h 23min, ale znów dostaję łupnia ;P. Po walce ze sobą tracę 6 minut do Gdańska, osiągam 2:53:52. Dawno nie miałem tak miękkich nóg, ale bufet, piwko i masaż stawiają mnie na nogi :D.
Poznań i ostatnie podbiegi

Czy jesienna batalia wyszła?

"Każda porażka jest szansą, by spróbować jeszcze raz- tylko mądrzej." H. Ford

W okresie 2 miesięcy wystartowałem w 6 mocnych zawodów (w sumie około 300km). Mogę stwierdzić, że wytrzymałem obciążenie, choć z małymi problemami.
Czy jestem zadowolony z wyników?
Chociaż, że brakło mi sporo do życiówek na asfalcie, a w górach nie wykręciłem swoich planów (11h-12h), to walczyłem dzielnie. Zrobiłem mocne wyniki :), chociaż chciałoby się łamać kolejne granice :P. Ale będą jeszcze okazje :D.
Czy mam odpowiedź na pytanie z początku roku?
Nie ;). Nie wiem, czy lepsze wyniki kręcę na miejskich maratonach czy górskich ultra. Lepiej czuję się w górach, ale brakuje mi czasem szybkości :D.

PS: Szczegółowe relacje z jesiennych biegów we wcześniejszych postach :)

czwartek, 19 października 2017

18 Poznań Maraton


W ubiegłym roku przywiozłem piękne wspomnienia ze startu w Poznaniu, udekorowane zakończeniem korony maratonów oraz nowym rekordem życiowym.  Po roku postanowiłem wrócić na poznańską trasę maratonu z postanowieniem powalczenia o złamanie kolejnej granicy i walki o podium w Night Runners :D.
Lepiej wyglądam niż się czułem :D
Na poznański maraton wybrałem się z siostrą sobotnim popołudniem. Po 18 sprawnie odebraliśmy pakiet i ruszyłem odwiedzić swoją babcię :). Niestety długo u niej nie zostałem, o świcie należało wracać do Poznania, by stanąć na linii startowej.
Prognoza była nienajgorsza. Nareszcie miało  być ciut cieplej, ale niestety w drugiej połowie maratonu miało wiać prosto w twarz :(. Jak ja nie lubię wiatru :P.
 Zdrowie nadal skakało. Ledwo podleczyłem dwójkę, to uszkodziłem stopę :(. Ehh, ale mimo wszystko postanowiłem walczyć, olać problemy -lecimy :D.

Wybija 9:00 i ... nic. Trasa nie otwarta :(. Czekamy, a z głośników słychać co chwile zapewnienia o lekkim opóźnieniu. Trochę robi się chłodno, no nie ma pogody na stanie w t-shircie ;P. W momencie, kiedy zauważam że wózkarze dostają folię ruszam z całą grupę na chodniki dla rozgrzania się. Po paru minutach stwierdzam, że to bez sensu. Wykorzystam podkłady energii przeznaczone na zawody, więc sobie spaceruje, aż do ogłoszenia gotowości organizatora.
Pierwsze kilometry z luzem w nogach ;P
W końcu ruszamy, pierwsze kilometry idą mi gładko. Lekko czuję achillesa, ale nie ma większych problemów. Po chwili nawrotka i widzę wszystkich znajomych na trasie :). Tempo mi lekko ucieka i kolejne piątki robię powyżej planowych 19:30. Przekraczając półmetek z czasem ok. 1:23, rozumiem, że granica 2:45 nie jest dziś moja. Dodatkowo czuję, że druga połowa będzie ciężka. Energetycznie się czułem fajnie. Zmieniłem sposób żywienia na 3 żele, które łykam po pół porcji co 5km licząc od 10km. Spodobał mi się ten plan żywieniowy :).

Na Malcie odzyskuje drugą pozycję wsród Nightów, miło było trochę z tobą pobiec "Chudy" :). Niestety za Maltą zaczyna powiewać, a małe wzniesienia w kierunku rynku odbijają się na tempie. Jednakże biegnie mi się lepiej niż w zeszłym roku, zaczynam łykać Nutrenda. He, dziwny ten smak coli, chyba że popsuł mi się smak podczas wysiłku :D. Uważam, że lepsze było pomelo, które kosztowałem w Tatrach :D. 
Zdjęcie siostrzyczki na 31-szym 
Na 31km mijam siostrę jeszcze z nadzieją na życiówkę. Nagle przy zoo czuję, że marzenia uciekają. Tempo siada :(. Mijam kolejny punkt z kibicującymi Nightami, ale coraz rzadziej mam ochotę przybijać piątki. Od stadionu odliczam już kilometry i zerkam w oczekiwaniu na szybszych biegaczy.
Ostatnie zerknięcie i meta :)
 Dobiegam po 2:53:52 jako 52 zawodnik oraz drugi night. Gratuluję Tomaszu mistrzostwa i pięknego wyniku. Niby jestem wysoko, ale ja zawsze mierzę w czas. A tu 6 minut ponad życiówkę i prawie minutę gorzej niż rok temu :(.  No cóż, bywa .. ruszam po muffinke :), owocki :) i piwko :). Poznański pobiegowy catering jest naprawdę fajny, ale że nogi okropnie ciężkie, to ruszam następnie na masaż i pod prysznic. Masaż, a dokładnie próba umiejscowienia się na leżance, uzmysłowił mi  co robił kłujący achilles. No co? ... męczył łydkę, do tego stopnia, że złapał mnie skurcz i nie chciał puścić :).
Dekoracja Nightów
Po odebraniu statuetki w klasyfikacji NR i paru krótkich konwersacjach ze znajomymi ruszamy ze siostrą w drogę powrotną na Śląsk. Zanim wyjedziemy szybki posiłek (duża dolewka to genialny pomysł dla maratończyków, nie potrafiłem oderwać się od kraniku :P ) i oczywiście lody. Tym razem skusiłem się na naturalne o smaku gruszki z bazylią.

Po powrocie nie odczuwam potrzeby biegania, więc zrobiłem lekką przerwę na odbudowanie zdrowia i chęci przed kolejnym maratonem, już 15-tym :).