środa, 6 grudnia 2017

Koniec cyklu, roztrenowanie.


Czas kolejnego cyklu biegowego dobiegł końca. Nie udało się ponownie podzielić roku na dwa cykle (zgodnie z zaleceniami książek :P ). Po zimowych przygotowaniach, nastał czas wiosennych startów. Wiosenna batalia gładko przeszła przez czerwcowe zawody na 10k, następnie letnie starty i moją jesienną batalie zakończona dopiero na eliminatorze. Obecnie raduje się ostatnią częścią cyklu, czyli roztrenowaniem.
Brak podziału roku na dwa cykle skutkuje tylko  jednym przygotowaniem startowym, grudniowo -kwietniowym (w sumie ok. 18 tyg). Zaczynam go spokojnym budowaniem wytrzymałości i siły poprzez dłuższe przebieżki w zimowej aurze. Wraz z przebłyskami wiosny, moje bieganie przyśpiesza. Skupiam się na takich jednostkach treningowych jak: biegi ciągłe i interwały. Między sezonem wiosennym, a jesiennym biegam na tzw. "czuja" ;P. Bez planu, bez logicznego wzrostu obciążenia, bez przemyślanego taperingu. Nie ma kiedy ;).  Jest to mieszanka regeneracji po startach, mocnych szybkich jednostek, wyjścia w góry czy zwykłych wybiegań.

A jak wygląda tegoroczne roztrenowanie?

Rozpocząłem je już powoli po maratonie w Poznaniu. Moje mięśnie były już przeciążone wraz z początkiem września. Do czasu ateńskiego maratonu zluzowałem z kilometrażem (do ok. 60-75km/tydzień) przy jednoczesnej próbie zachowania szybkości. Celem było odzyskanie sił i podleczenie się. Udało się!! Do Aten leciałem z dobrymi prognozami odnośnie zdrowia (mięsień  pośladkowy i Achilles -cały :D ).
 Kolejny etap redukcji obciążenia nastąpiło po moim ostatnim maratonie. Zacząłem je krótkimi wakacjami w Atenach. Koniec tygodnia uzupełniłem paroma wyjściami regeneracyjnymi (wyszło w sumie 30km), by w tygodniu ostatnich zawodów (Eliminator) dobić do 45km/tyg. Eliminator to głównie pokaz siły nóg na wymagającym stoku Czantorii. Najważniejsze było odzyskanie świeżości po maratonie.
Po ostatnich zawodach nastąpiło główne dwu-tygodniowe roztrenowanie. W przeciwieństwie do kolegów, ja nie rezygnuję całkowicie z bieganie (chyba, że  leczę przeciążenie, jak w zeszłym roku). Przy przyjemnej pogodzie wychodzę raz na kilka dni na krótką lekką przebieżkę (ok. 30-50 min w tempie konwersacyjnym). W gorszych warunkach zewnętrznych, siadam na rowerku treningowym i kręcę sobie pół godzinki dla uspokojenia ducha :).


Jaki był ten makrocykl?

Postanowiłem utrzymać zeszłoroczny kilometraż (raporty z obu cykli są zbliżone) przy jednoczesnym zwiększeniu intensywności. Mniej więcej się udało, choć nie książkowo, wszystkie życiówki na asfalcie poprawione :D.

Z lewej ubiegłoroczny, z prawej tegoroczny raport biegowy



W tym roku skupiłem się na biegach górskich, moja suma przewyższeń wzrosła o 50% do wartości prawie 50km w pionie (według gps garmina).
Poniżej przedstawiam miesięczną strukturę kilometrażową z dwóch ostatnich lat. Nieźle widać przeciążenie lutowo-marcowo, natomiast te jesienne pięknie przykryła krynicka setka :D.
Ostatnia ciekawostka. Na dzień przypadło mi 12,7km (licząc również dni nie biegowe), a w ciągu roku bieganie zajęło mi 66 min na dzień albo około 16,5 dnia w ciągu roku. Nawet niewielka część życia :). 

Z lewej ubiegłoroczny, z prawej tegoroczny kilometraż w rozłożeniu na miesiące



wtorek, 28 listopada 2017

Eliminator


Na koniec sezonu wybrałem się z Madzią do Ustronia na Eliminator-a, czyli bieg kończący
tegoroczną ligę biegów górskich. Jest to 4-etapowy bieg alpejski w formie eliminacji. Po każdym etapie liczba uczestników redukuje się o 1/4 stanu początkowego. A cóż to za etap? :). Ten tylko wie, kto wchodził na Czantorię wzdłuż stoku. Nie bez powodu bieg nazywa się "górska masakra". Tylko niby  1700 metrów, ale z przewyższeniem ok. 450m, czyli średnie nachylenie 27% :D.


Jesienią zrobiliśmy dwukrotny rekonesans trasy. Hmm, cudów nie było, czas powyżej 21 minut. Jak to ująłem po jednym z  treningów: "będzie trzeba ścisnąć du** o awans do finału". Tak, celem jest pokonać czterokrotnie górę. Zadanie utrudnia nie tylko stromy stok, ale również mocna ekipa zawodników. W stylu alpejskim nie czuję się za mocny, choć lepiej niż w anglosaskim (oczywiście najlepiej czuję się w dłuższych dystansach i ultra :P ).

Nadszedł dzień startu, było ciut cieplej niż przez ostatnie dni, co wprawiło mnie w lepszy nastrój. A na starcie odnalazłem nawet kilku znajomych :). Trochę pogawędek i po lekkim opóźnieniu ruszamy. Ludzie wyskoczyli niesamowicie, ale sprint. Jednakże gdy oni zaczynali zwalniać, ja spokojnym truchtem ich doganiałem. Po minięciu pierwszego rowu, na zmianę to idąc to podbiegając, osiągam swoją docelową pozycję w hierarchii. Jest półmetek :). Hmm ... 8:30, nieźle ale przede mną gorsza część. Walczę ze sobą na każdym kroku, gdy stromizna ciut maleje próbuję pocisnąć biegiem i w końcu ląduje na mecie jako 33 mężczyzna z czasem 18:56 :D. Ooo.. znów to samo. Treningi i zawody to u mnie dwa światy :P. He, ciekawe kiedy będę porządnie trenował :). Czuję, że finał powinien być mój, jeśli nie wyzeruję energii (było 295 zawodników, więc odpada co etap 74). Robię łyk wody, by zwilżyć rozgrzane gardło, a tu Magda się pojawią na 4-tej pozycji :D.

Schodzimy spokojnie, ze zdobytą opaską, w dół na kolejną rundę. Po chwili, dobra po półgodzinnej przerwie na zejście, ruszam. Znów spina :)  ... półmetek 25 sekund gorzej, ale później dodaję czadu i mam metę po 19 min i 19 sekundach jako 34 :). Zejście urozmaicam sobie pogawędką z Wiktorem i dopingiem dziewcząt.

Na dole, na starcie rozmawiam z Dawidem i Karolem. Mamy jeden wspólny cel, awans :). Naładowani energią lecimy. Moje uda zaczynają odczuwać trud zawodów. Na półmetku widzę, ze zegar wybija 9:08, ale ciągle zielone światło (oznacza to, że moja  pozycja gwarantuje mi awans). Mój dobry górski chód pozwala mi utrzymywać pozycje i przekraczam matę z czasem 19:50. Ehh, zmęczony, ale uradowany :D, 42 lokata i czarna opaska na ręku :D.

 Na ostatnim etapie pojawiam się ja i Karol (dawał czadu :D ). Szkoda reszty znajomych :(, ale cudownie było choć przez chwilę z wami pogadać :). Patrzę na stok ... jestem zmęczony, cel zrealizowany, wystarczy tylko wejść po medal . Jednakże postanawiam powalczyć ;), choć już nie ma spiny. Nagle ostatni wystrzał!! Zauważam po chwili, że mój kiepski początkowy sprint wyrzuca mnie na szary koniec stawki. Zmaga się wiatr, aż unosi namiot z zawodów. Po 300 metrach uzyskuję swoją typową pozycję. W oddali widzę czołówkę, nie mam mocy by ich gonić. Czuję, że luzuję. Półmetek dopiero po 9:44, a metę po raz ostatni zdobywam po 20 minutach i 50 sekundach (dużo gorszy wynik od pozostałych rund, a i tak lepszy od treningu :P ). 4 etap kończę jako 46, a według sumy czasów ląduję na 40-tej lokacie :). Mam opaskę "SUPER HERO" :D.

Na mecie spotykam Łukasza. Przyjemna pogawędka skraca czas w oczekiwaniu na kobiecy finał. Po chwili na mecie wbiega znajoma twarz, Dominika w pięknym stylu zwycięża zawody, a zarazem całą ligę. Tuż za nią, na czwartej pozycji wyłania się Magda :*. Cóż za power :), a to dopiero jej drugie górskie zawody :D.  


 Eliminator to było podsumowanie moich zmagań z ligą. Spróbowałem swoich sił we wszystkich stylach, powalczyłem z elitą na mistrzostwach  w ultra (Niepokorny Mnich i BUGT), stawałem na podiach w bardziej kameralnych imprezach i ostatecznie w 12-stu najlepszych moich startach zdobyłem w sumie 647 pkt i plasuję się na 61 pozycji. Jest co poprawiać w 2018 :P. Najlepiej punktowane starty: ZiMB (90), Beskidzki Topór(90), Półmaraton Pilsko (80), Bieg na Hrobaczą Łąkę (65).

piątek, 17 listopada 2017

Ateny

Nadszedł czas ostatniego tegorocznego maratonu, a zarazem pierwszego wyjazdu zagranicznego. Lecimy z Madzią do kolebki maratonu, lecimy zdobyć Ateny.


Świątynia Zeusa z Akropolem w tle
Ateński maraton zaczyna się w miejscowości Maraton, w którym odbyła się antyczna bitwa pomiędzy Grekami, a Persami. Według legendy po zwycięstwie Greków, Filippides ruszył do Aten z informacją o wyniku bitwy i na jego cześć biegamy maratony ;P. Trasa biegu jest wymagająca ze względu na profil. Na 20 kilometrze czeka nas natrudniejszy, 10-cio kilometrowy podbieg. Słyszałem, że maraton ateński nie służy życiówkom, ale zobaczymy :D. Mam zamiar powalczyć, zwłaszcza że ostatnie tygodnie były niezłe treningowo. Natomiast meta znajduje się na stadionie Panathinaiko , na którym odbyły się pierwsze igrzyska nowożytne.
Po Poznaniu czułem się zmęczony. Nie przerażał mnie ani nie denerwował brak biegania przez kolejne trzy dni. Dopiero w czwartek wyszedłem na trening, a dokładnie na spotkanie zabrzańskich nightów. Po mile przegadanym spotkaniu, kolejnego dnia wybrałem się do Madzi by odbyć z nią pierwszy mocniejszy trening. Zrobiliśmy 12km w tempie 4:21. W sobotę dorzuciłem wybieganie po Beskidzie Śląskim, a dokładnie przetarliśmy trasę Czantoria - Stożek - Ustroń. Tydzień zakończyłem lekką regeneracją.
Kolejne tygodnie postanowiłem też zluzować. Miałem zamiar się wygaszać, co miało pozwolić mi na regenerację przeciążeń i odbudowę psychiczną po sezonie. Porzuciłem biegi regeneracyjne na rzecz krótkiego treningu rowerowego czy innej aktywności, a bieg interwałowy zastąpiłem serią trzy kilometrowych odcinków z tempem zbliżonym do maratońskiego ;).
Expo
Przyszła sobota, czas wylotu :). Podróż minęła ładnie, a ateńskie lotnisko przywitało nas ciepełkiem :D. Wsiedliśmy do metra i  jazda nad wybrzeże po pakiety. Cóż za organizacja, odebraliśmy numerki bez kolejki przy 18000 uczestników, a na miejscu największe expo jakie dotąd widziałem :).
Dzień zakończyliśmy krótkim spacerkiem, bo czekała nas wczesna pobudka. Autobusy przetransportowujące do Maratonu czekały już od 5:30 do 6:15, a sama jazda zajmowała prawie godzinę. Ciekawy był widok za okna. O wschodzie temperatura sięgała do 15 stopni, a Grecy stali w kurtkach i czapkach zimowych :P. Około 7 czasu greckiego szliśmy w tłumie biegaczy na stadion. Dostaliśmy wodę i w otoczeniu wzgórz oraz palącego się znicza olimpijskiego czekaliśmy na start :D.
Stadion w Maraton-ie
Nadchodzi 9. Rozstaję się z Madzią :* i ruszam do swojej strefy. Stoję w drugim bloku, tuż za elitą. Ostatnie minuty spędzam na pogawędce z kolejnym spotkanym Polakiem (do Aten przyjechało wielu rodaków, około 450). W końcu ruszamy, tempo wsiadło sprawnie i lecę. Pierwsze kilometry płaskie, ale czuję, że hamuje mnie lekki wiaterek wprost w twarz . Pierwsza dziesiątka planowo, ale nie czułem "flow-a", wiedziałem że dziś będzie ciężko.
Kolejna kilometry trasy to teren pagórkowaty, podczas której mieliśmy zdobyć kulminacyjnie wysokość o ponad 200m wyższą niż miejsce startu. Tempo siada, ale miałem zyskać na ostatnich 11km zbiegu, zwłaszcza że na zbiegu na 15 gnałem około 3:40. Kilometry spędzałem na podziwianiu genialnych kibiców. Krajobrazy, oklaski, zorba, wiwaty i ogromne ilości dzieciaków oczekujące na "piątkę" (w jednym momencie przybiłem chyba aż 10 :D ). Cudne były też tunele tworzące przez tłumy, czułem się jak kolarz na wielkich tour-ach :D. Z kolejnymi godzinami temperatura rosła dużo powyżej 20 stopni, ale punkty co 2,5km sprawiały, że nie odczuwałem żadnych problemów z nawodnieniem. Zwłaszcza, że na punktach rozdawali od razu całe butelki (nie bawią się w kubki).
Nastał 31km, a wraz z nim ostatni podbieg. Niestety byłem już zmęczony. Wiedziałem już wcześniej, że życiówka mi uciekła. Jednakże nie sądziłem, że nogi mnie nie poniosą na moich ukochanych zbiegach. Leciałem jedynie 4:15 min/km, a w planie miałem co najwyżej 3:50 :(. Cóż, zostało mi złamanie trójki i dobiegnięcie z uśmiechem na metę. Z tym ostatnim nie było problemów, jak zobaczyłem stadion to oszalałem. Ta akustyka, wiwaty kibiców, blask marmurów. Zapomniałem o biegu, a jedynie myślałem o łapaniu tej chwili. Zdobyłem ateńską metę z czasem  2:58:19 i 107 lokatą na ponad 15 tyś finiszerów ( lub 18 tyś uczestników ) i jako drugi Polak.
Ciut po minięciu mety na horyzoncie pojawiła się Madzia, która w niezwykły sposób złamała kolejną granicę maratońska :*. Piękny bieg i 3:11:25 :). Panathenaic Stadium będzie dla nas niezwykłym miejscem -pewnie wiecie dlaczego :D .

Ostatnie dni urlopu wykorzystaliśmy na odpoczynek, a dokładnie na spacerach, zakupach i podziwianiu Aten. Udało się zahaczyć o Akropol, Plakę, świątynie Zeusa, agorę ateńską i wiele innych cudnych miejsc. Wspomnienia z pierwszego mojego zagranicznego maratonu będą trwały we mnie na długo. A wszystkim wahającym się polecam szukać lotów na przyszły rok :D. Maraton w Atenach trzeba przeżyć :D.



czwartek, 2 listopada 2017

Jesienna batalia 2018

Jesień przemija, a wraz z nią moja druga część sezonu. Do końca zostały mi już tylko dwa biegi: maraton i górska masakra. Natomiast już dziś chciałbym podzielić się z wami moimi odczuciami wobec mojej batalii.

W podróży na Kasprowy
Jesienną walkę zacząłem od biegu marzeń- BUGT. Krajobrazowo cudny bieg, a przewyższenia niesamowite. Po prostu ten bieg trzeba przeżyć :D. Jednakże brakowało mi biegania. Tatry są za strome, a kozicą nie jestem, więc skaliste podłoże dodatkowo mnie spowalniało :(. Problemy żołądkowe   dobiły mój czas powyżej 12,5 h. Czy wrócę? Do Tatr, na pewno, kocham te góry :). A do rywalizacji? Hmm, marzenie spełniłem i nie czuję obecnie potrzeby powtórki.

Po krótkiej regeneracji ruszyłem do Raciborza, na moją ulubioną trasę półmaratońską. Mimo, że nigdy nie zrobiłem tam życiowego czasu, to przyciąga mnie ta impreza. Jest niesamowicie :), świetna organizacja, zawsze cieplutko :), a trasa przyjemna. W ogóle to raciborska impreza jest dla mnie szczęśliwa, bo zawsze udaje mi się powalczyć o podium w kategorii wiekowej :). Nigdy nie zapomnę finiszu Dawida na pierwszej edycji :). Czekam przyjacielu na nasze kolejne potyczki. Czy ostatnich wspólnie spędzonych zawodów z ukochaną :* oraz pysznych lodów na rynku i dokładki w Mc'u. Tym razem zakończyłem półmaraton w 1:21:15.
Raciborski bieg

Po raciborsku biegu zaczęły się problemy zdrowotne. Ciało nie wytrzymało :( i zacząłem walczyć z przeciążeniem mięśnia pośladkowego, który ostro niszczył mojego dwugłowca. Mimo to, chciałem B7D. Chciałem przekroczyć kolejną granicę kilo-metrażową. Walkę o fajny czas należało odłożyć. Noga mogła nie wytrzymać zbiegów, a najbardziej obawiałem się zejścia z trasy. Czy miałbym na tyle sił by posłuchać rozsądku i zrezygnować? Na szczęście nie musiałem tego sprawdzać, a nawet odważyłem się powalczyć na ostatniej górce i wbiec  po 12h i 20 min.
Cały festiwal jest boski :D, a krynicka setka cudna :). Pięknie się tam biegnie, a punkty żywnościowe są wyśmienite. Chcę tam wrócić :), by udowodnić sobie swoją siłę. Czy 11h jest realne?

Z przeciążenia nie wyszedłem, a już byłem we stolicy z ukochaną. Gdańsk mnie usatysfakcjonował pod względem tegorocznej życiówki, ale postanowiłem zaryzykować i powalczyć :P. Czy były szanse? Może treningowo nie szarpałem przez ostatnie tygodnie. Może zdrowie mnie spowalniało. Jednakże me serce wojownika nie pozwala mi tak łatwo rezygnować z eksploracji własnych możliwości. Po mocnym półmetku (1:23), brakowało mi lekkości w nogach. W drugiej połówce zderzyłem się ze ścianą i zakończyłem bieg  z ponad 8 minutową stratą do życiówki (2:55:11). Czy byłem zdruzgotany? Nie każdy bieg wychodzi. Poza tym jak się zamartwiać, jeśli po chwili przybiegła Madzia, z którą mogłem spędzić resztę weekendu.

Po krótkim odpoczynku, stanąłem na linii startu półmaratonu Silesia. Po rocznej przerwie wróciłem na trasę swoich pierwszych maratonów, choć dziś na części jej trasy. Czuję, że Silesia to mój domowy bieg, a meta na nowo otwartym stadionie wzbudzał dodatkowe emocje. Miało być luźno, ale ponownie wystartowałem w tempie na złamanie 1:20. Dopiero podbieg na ostatnich kilometrach z Siemianowic zweryfikował moje siły. Po godzinie i 22 minutach, z finiszem na pięknym stadionie, kończę HM Silesia. Ahh ten stadion, a odczucia towarzyszące bieganiu przy tylu kibicach nieziemskie :D.
Stadion!!!

Po Silesii zostało mi tylko 14 dni do kolejnej konfrontacji maratońskiej. Zaczynam w końcu wracać do mocniejszych treningów. Kiedy rośnie nadzieja na piękny start, dostaję cios od własnego ciała :(. Pobolewa stopa na tydzień przed startem, a następnie dołącza do niej Achilles. Czy odpuszczę? Phi, pobiegnę zdrowo-rozsądkowo, ale będę walczył :P. Nie jestem nauczony z rezygnacji marzeń ;).
Ruszam do Poznania z moim małym fanclubem- ze siostrą (przypomniał mi się opis ze startu Ślężańskiego) . Lubię poznańską trasę, a oprócz walki z najlepszymi nightami, mam okazję odwiedzić choć na momencik swoją babcię.
Po lekkim opóźnieniu ruszam na pełnym gazie. Na półmetku znów notuję czas około 1h 23min, ale znów dostaję łupnia ;P. Po walce ze sobą tracę 6 minut do Gdańska, osiągam 2:53:52. Dawno nie miałem tak miękkich nóg, ale bufet, piwko i masaż stawiają mnie na nogi :D.
Poznań i ostatnie podbiegi

Czy jesienna batalia wyszła?

"Każda porażka jest szansą, by spróbować jeszcze raz- tylko mądrzej." H. Ford

W okresie 2 miesięcy wystartowałem w 6 mocnych zawodów (w sumie około 300km). Mogę stwierdzić, że wytrzymałem obciążenie, choć z małymi problemami.
Czy jestem zadowolony z wyników?
Chociaż, że brakło mi sporo do życiówek na asfalcie, a w górach nie wykręciłem swoich planów (11h-12h), to walczyłem dzielnie. Zrobiłem mocne wyniki :), chociaż chciałoby się łamać kolejne granice :P. Ale będą jeszcze okazje :D.
Czy mam odpowiedź na pytanie z początku roku?
Nie ;). Nie wiem, czy lepsze wyniki kręcę na miejskich maratonach czy górskich ultra. Lepiej czuję się w górach, ale brakuje mi czasem szybkości :D.

PS: Szczegółowe relacje z jesiennych biegów we wcześniejszych postach :)

czwartek, 19 października 2017

18 Poznań Maraton


W ubiegłym roku przywiozłem piękne wspomnienia ze startu w Poznaniu, udekorowane zakończeniem korony maratonów oraz nowym rekordem życiowym.  Po roku postanowiłem wrócić na poznańską trasę maratonu z postanowieniem powalczenia o złamanie kolejnej granicy i walki o podium w Night Runners :D.
Lepiej wyglądam niż się czułem :D
Na poznański maraton wybrałem się z siostrą sobotnim popołudniem. Po 18 sprawnie odebraliśmy pakiet i ruszyłem odwiedzić swoją babcię :). Niestety długo u niej nie zostałem, o świcie należało wracać do Poznania, by stanąć na linii startowej.
Prognoza była nienajgorsza. Nareszcie miało  być ciut cieplej, ale niestety w drugiej połowie maratonu miało wiać prosto w twarz :(. Jak ja nie lubię wiatru :P.
 Zdrowie nadal skakało. Ledwo podleczyłem dwójkę, to uszkodziłem stopę :(. Ehh, ale mimo wszystko postanowiłem walczyć, olać problemy -lecimy :D.

Wybija 9:00 i ... nic. Trasa nie otwarta :(. Czekamy, a z głośników słychać co chwile zapewnienia o lekkim opóźnieniu. Trochę robi się chłodno, no nie ma pogody na stanie w t-shircie ;P. W momencie, kiedy zauważam że wózkarze dostają folię ruszam z całą grupę na chodniki dla rozgrzania się. Po paru minutach stwierdzam, że to bez sensu. Wykorzystam podkłady energii przeznaczone na zawody, więc sobie spaceruje, aż do ogłoszenia gotowości organizatora.
Pierwsze kilometry z luzem w nogach ;P
W końcu ruszamy, pierwsze kilometry idą mi gładko. Lekko czuję achillesa, ale nie ma większych problemów. Po chwili nawrotka i widzę wszystkich znajomych na trasie :). Tempo mi lekko ucieka i kolejne piątki robię powyżej planowych 19:30. Przekraczając półmetek z czasem ok. 1:23, rozumiem, że granica 2:45 nie jest dziś moja. Dodatkowo czuję, że druga połowa będzie ciężka. Energetycznie się czułem fajnie. Zmieniłem sposób żywienia na 3 żele, które łykam po pół porcji co 5km licząc od 10km. Spodobał mi się ten plan żywieniowy :).

Na Malcie odzyskuje drugą pozycję wsród Nightów, miło było trochę z tobą pobiec "Chudy" :). Niestety za Maltą zaczyna powiewać, a małe wzniesienia w kierunku rynku odbijają się na tempie. Jednakże biegnie mi się lepiej niż w zeszłym roku, zaczynam łykać Nutrenda. He, dziwny ten smak coli, chyba że popsuł mi się smak podczas wysiłku :D. Uważam, że lepsze było pomelo, które kosztowałem w Tatrach :D. 
Zdjęcie siostrzyczki na 31-szym 
Na 31km mijam siostrę jeszcze z nadzieją na życiówkę. Nagle przy zoo czuję, że marzenia uciekają. Tempo siada :(. Mijam kolejny punkt z kibicującymi Nightami, ale coraz rzadziej mam ochotę przybijać piątki. Od stadionu odliczam już kilometry i zerkam w oczekiwaniu na szybszych biegaczy.
Ostatnie zerknięcie i meta :)
 Dobiegam po 2:53:52 jako 52 zawodnik oraz drugi night. Gratuluję Tomaszu mistrzostwa i pięknego wyniku. Niby jestem wysoko, ale ja zawsze mierzę w czas. A tu 6 minut ponad życiówkę i prawie minutę gorzej niż rok temu :(.  No cóż, bywa .. ruszam po muffinke :), owocki :) i piwko :). Poznański pobiegowy catering jest naprawdę fajny, ale że nogi okropnie ciężkie, to ruszam następnie na masaż i pod prysznic. Masaż, a dokładnie próba umiejscowienia się na leżance, uzmysłowił mi  co robił kłujący achilles. No co? ... męczył łydkę, do tego stopnia, że złapał mnie skurcz i nie chciał puścić :).
Dekoracja Nightów
Po odebraniu statuetki w klasyfikacji NR i paru krótkich konwersacjach ze znajomymi ruszamy ze siostrą w drogę powrotną na Śląsk. Zanim wyjedziemy szybki posiłek (duża dolewka to genialny pomysł dla maratończyków, nie potrafiłem oderwać się od kraniku :P ) i oczywiście lody. Tym razem skusiłem się na naturalne o smaku gruszki z bazylią.

Po powrocie nie odczuwam potrzeby biegania, więc zrobiłem lekką przerwę na odbudowanie zdrowia i chęci przed kolejnym maratonem, już 15-tym :).

środa, 27 września 2017

Maraton Warszawski

Tatry zdobyłem. Setkę wywalczyłem. Nastał moment zamknięcia tegorocznego świata ultra. Po jesiennych górskich wojażach nastał czas powrotu na asfalt.


Na początek postanowiłem na powrót do stolicy. Z Madzią przybyliśmy w sobotnie południe do Warszawy na nasz biegowy weekend 😃.  Cel prosty. Życiówki 😆. Dodatkowo Magda miała zakończyć koronę. Po sprawnym odebraniu pakietów ruszyliśmy na mały spacerek po Łazienkach.  Kolejne cudne miejsce odhaczone.
Bardzo spodobała mi się nowa lokalizacja biura zawodów, jednak zeszłoroczny tor Służewiec był gorzej skomunikowany. Pakiet skromny, ale były moje żele😋. Energie na bieg miałem załatwioną. Pogoda miała być idealna do biegania. Około 15 stopni i lekko mżyć. Ja widziałem obawy😡. Nie przepadam za chłodem, a wiatr na maratonach mnie przeraża od czasu Orlenu. No cóż, polecimy to zobaczymy co przyniesie dzień😄.
No to startujemy!!

Po oddaniu depozytów i przywitaniu przyjaciół, polecieliśmy z Madzią na lekki rozruch. Ostatnie uśmiechy 😃 i czas ruszyć do boju😛. Pierwsze kilometry szły gładko. Dwie pierwsze piątki w zakładane 19:30. Niestety tą część trasy pokonywałem samotnie. Gonienie grupki z przodu kosztowałoby za dużo sił, a czekać na kolejnych biegaczy nie miało sensu. Indywidualna walka trochę mnie zmęczyła, ale wyłonił się zbieg do Wilanowa. Tam złapałem ponownie rytm z trójką innych zawodników. Biegło się fajnie, nawet za fajnie. Czułem, że grupa zwalnia😌. To nie był moment na luzowanie. Postanowiłem wystrzelić i wrócić do mocnego tempa. Udało się opuścić Łazienki (półmetek) po 1h 23 min. Tak, biegnę po życiówkę.
Wilanów

Na moście przed Stadionem zacząłem łykać drugi żel, czułem że opuszczają mnie siły. Żel kończę na kolejnym punkcie nawadniania przy zoo (28km), licząc że powstanę. Rok temu w tym miejscu zaczynały się schody😌. Czy miała być powtórka z historii? Sekundy uciekały na każdym kilometrze, a powrót przez Wisłę okazał się gwoździem do trumny😡. Tempo siadło o 20s i cała przewaga nad życiówką znikła. Ostatnie 12km to walka ze sobą. Straciłem cel walki. Ciągnąłem na determinacji i dekstrozie, ale w momencie gdy na zegarku wyświetla się tempo 5 min/km, ręce opadają. Tracę kolejne pozycje, świetna 50 pozycja uciekała dramatycznie. Nagle podbieg na wisłostradę i ostatnia długa prosta. Ostatni zryw? Nie ma szans, więc robię samolocik na pasie LOT-u 😂 dobiegając do mety z uśmiechem 😊 i z czasem 2:55:11. Za metą zaczynam regeneracje. Wypijam cały izotonik dla uzupełnienia soli i zaczynam się rozciągać. Po chwili dobiega Madzia z nową życiówką -cudnie zakończona korona. Zmęczeni ruszamy po depozyt, masaż i po pysznych naleśnikach powoli żegnamy się ze stolicą.

Tuż za półmetkiem

Co nie wypaliło? Dlaczego tak mnie odcięło? Przez ostatnie 12 minut straciłem dodatkowe 7 minut 😟 i wylądowałem na 84 pozycji OPEN na prawie 5400 maratończyków. To mój trzeci najlepszy wynik w karierze.
Miałem obawy o stan regeneracji po krynickiej setce, dużo czasu nie miałem. Ale czy ja jestem rozsądny, jeśli chodzi o obciążenie zawodami? 😝 Dodatkowo walka z przeciążeniem i słabsze treningi musiały zniszczyć moje tempo.
Zaryzykowałem😉. Choć szanse były nikłe, to po marzenia trzeba lecieć do przodu. Mimo wszystko  jestem zadowolony😃. Piękny wspólny weekend😃 uwieńczony 13-tym maratonem (hee pechowa liczba), a nawet nam się trochę rozpogodziło. W bieganiu nie zawsze chodzi o wynik, ale czasem o sam wyjazd i ludzi. Teraz czas na Poznań z małym półmaratońskim przystankiem na rodzimym terenie 😍.


środa, 13 września 2017

B7D, czyli pierwsza setka 😃

 

Plan uczestnictwa w festiwalu biegowym w Krynicy zrodził się późną wiosną. Mimo, że słyszałem wiele cudownych opinii, nie chciałem łączyć dwóch wielkich imprez obok siebie. Tak, nawet mój "chory" umysł, obawiał się regeneracji po BUGT-cie 😌. Zmiana planów nastąpiła wraz z nawrotem zimy. Zimy, która zabrała mi pełen dystans Niepokornego Mnicha 😩. Szybko zrekompensowałem sobie poczucie braku nowego rekordu kilometrowego. Ojciec zapytał: "Może Krynica?", a ja "Dobrze, ale ja tam pobiegnę setkę" 😉.
Gotowy do startu
Nadchodzi piątek, czas wyjazdu do Krynicy. Taktyka biegu się drastycznie zmieniła. Czemu? Hmm..Byłem zdumiony powrotem do sił po walce w Tatrach, ale nie przypuszczałem, że półmaraton mnie sponiewiera. Może nałożyło się obciążenie, ciężko powiedzieć. Wiedziałem jedno, dwa tygodnie przed Krynicą, przeciążyłem mięsień pośladkowy 😕. Nawet nie przypuszczałem jak dokuczliwa może być ta kontuzja 😕. Kłucie niszczyło psychikę, skrócony krok irytował, ale dopiero przy zbiegach neurony szalały. Jak mam przebyć ultra oszczędnie zbiegając? No cóż, jadę, zobaczymy co trasa pokaże :).
Na festiwal przybyłem z całą rodziną 😃, nawet moja psiunia się wybrała :). Pakiet szybko odebrany, kwaterunek i powoli czas było myśleć o spaniu. Hmm, myślenie się przedłużyło prawie do północy, a budzik na drugą to była ostateczność 😂.
Wstałem i jazda 😄. Strój założony, kawa wypita, płatki zjedzone ... no to zakładam plecak i rozgrzewka, czyli prawie 3km na start ;P. Pięknie wygląda Krynica nocą. Na starcie, pełno ludzi 😃. Niezwykła atmosfera, krótka pogawędka z Markiem i czas ruszać :D.
Pierwsze kilometry przez miasto idą wolniej niż w dolinie Chochołowskiej (hmm idą efekty bólu), ale nagle skręt i lecim w Beskid Sądecki. Wbiega mi się cudownie, dosyć łagodne góry. Zbieg już nie jest tak lajtowy. Ciemność i noga mnie spowalnia, na trasie do Rytra tracę kolejne pozycje 😦. Na dole szybkie uzupełnienie kalorii i jazda na Przehyb. Robi się ciasno, po drodze mijam uczestników biegu na 64km, a także znajomych. Miło było Was spotkać. Dzięki Justyna za pogawędkę, Darku i Karolu za doping i te parę słów. Sorki, że tym razem nie tryskałem humorem- było mi ciężko, jednak neurony nadal wysyłały sygnały, nie znudziło im się 😜. Na Przehybie (44km zaliczam po 5h 9 min) mieszam wszystko 😜. Cola, izo, owoce, kabanosy, ciastka. Uzupełniam plecak i jazda 😁.
Kolejne kilometry nieźle lecą. Pod górę postanawiam walczyć. Wolno, ale biegnę ;P. Niestety w dół nadal tracę. Nagle mija 50-tka, a ja nadal tak samo się czuję. Znika obawa, że jednak będę musiał rozważać  zejście z trasy. Wytrzymam 😃, a słowa ukochanej i wspaniałej rodzinki dodają sił. Nagle Piwniczna (66km mijam po 9h 20min), mijam Miłosza i Sonię (miło spotkać kolejne znajome twarz 😃 ) i lecę do jedzonka :). Znajduję żurawinkę :D.
Pożegnalny widok na Piwniczną Zdrój
Trasa od Piwnicznej robi się stroma, ale już tylko 34km. Przypominają mi się słowa Marka o trzech małych, ale ciężkich do wbiegnięcia ściankach. Masakra, tylko idę, a słońce zaczyna mnie wypalać. Niby tylko 11 km między punktami odżywczymi, a zniknął litr izo i czułem się odwodniony. Dodatkowo zaczął szaleć mi żołądek. Dobra, robi się płasko i parę kilometrów do punktu. Trzeba biec. Na trasie spotykamy mieszkańców wiosek. Wyszli i obdarowali biegaczy wodą :). Niesamowite dzieciaki i ta radość 😃. Nagle wyłania się punkt odżywczy (77km) i postanawiam postawić się na nogi. 15 minut zleciało, ale wyszedłem pełen sił :D. Nadszedł czas na wspinaczkę wzdłuż wyciągu narciarskiego. Żel nie wchodzi...  Hmm, no cóż koniec uzupełniania kalorii pożywieniem. Może wytrzymam te 20 km 😜 i jak się okazało 3h walki 😁.
Zlatuję do kolejnej dolinki, mijam 83km i nagle ... No nie wiem co się dzieję. Pojawia się szutr o lekkim nachyleniu, a mi zostały siły do biegania. Marek wspominał, by zostawić siły na końcówkę, bo jest przyjemna :D. No to lecę, mijam współtowarzyszy biegów na 100km, na 64km - wszyscy idą, tylko jeden wariat jeszcze biegnie 😛. Przez najbliższe 5 km awansuję o 7 pozycji na 58 lokatę.
Finisz
Wypijam colę, drugą colę (tak kalorie już tylko w płynie) i jazda do góry. Nadal biegnę, a przede mną wyłania się zbieg. Już tylko 10 kilometrów, włączył mi się tryb samo destrukcji😛. W najgorszym przypadku doczołgam się, więc lecę w dół. Czuję prędkość, przychodzi radość z biegania w górach 😃. Może szału nie ma (tempo 5 min/km), ale dziś to niezwykła prędkość. Przeganiam kolejnych biegaczy, skręt wzdłuż płotu i już jestem w Krynicy. Ścigam się z biegaczem, ale po wbiegnięciu na
deptak odpuszczam. Czas na triumfalny finisz. Widzę ukochaną rodzinkę, przybijam im piątkę. Następne piątki lecą do kolejnych kibiców i po chwili po 12 godzinach i 20 minutach przebiegam linię mety. Mam setkę 😄. Nogi wytrzymały 😄. Łapię za piwo, ale nogi już jak z waty 😜.
Po lekkim masażu ruszamy z rodzinką na obiad. Hmm, pyszna zupka chrzanowa 😋 plus pierogi postawiły mnie na nogi. Idę na dekoracje 😁. Tak, zająłem 48 lokatę, 43 wśród mężczyzn i ostatecznie drugie miejsce w kategorii wiekowej M20 . W końcu po odebraniu nagrody ruszam do kwatery pod długo oczekiwany prysznic 😁.


Następny poranek jest o dziwo przyjemny, wstaję bez większego bólu. Po śniadanku ruszam z matką do byłej cerkwi na mszę, a następnie na spacerek z pieskiem na wyciąg w Słotwinach 😁. Szkoda nam marnować dnia, więc przed wyjazdem ostatni raz odwiedzamy deptak krynicki i Jaworzynę.