wtorek, 24 kwietnia 2018


DOZ Łódź Maraton

Nadszedł kwiecień, a wraz z nim mój jedyny wiosenny maraton. Przygotowania do startu były ciężkie. Zanim potrafiłem nałożyć pełne obciążenie byłem już na ostatniej prostej do startów kontrolnych. Nie zawsze wychodziły dobrze, ale z każdym kolejnym biegiem czułem się lepiej. Zawody powoli mnie nakręcały :).

Ruszamy!!!

W sobotę ruszyliśmy z Madzią do Łodzi. Miasto mnie pozytywnie zaskoczyło, a Piotrowska to naprawdę ciekawa alejka :). Darmową komunikacją ruszyliśmy do Atlas Areny odebrać pakiety, dosyć bogate pakiety. Dostaliśmy fajną koszulkę, batony i napoje, a sprawność załatwienia formalności oszałamiająca. Lubię to w tych mniejszych biegach. Małym minusem była wielkość porcji "pasta party", ale po dodatkowym dobrym posiłku w centrum ruszyliśmy spać.
Poranek był cudny, słońce świeciło, temperatura miła i tak rześko. Na start ruszyłem na luzie, żadnej spiny. Będzie co będzie, wezmę każdy wynik :). Półmaraton w Warszawie, mimo że bez życiówki, dał mi pretekst do zaryzykowania. Postanowiłem powalczyć o tempo 3:55 w pierwszej połowie biegu.
Dzień wcześniej na Piotrowskiej

Ruszyliśmy!! Leciało się dobrze, a butelki z wodą na punktach mile zaskoczyły (supcio). Dwa łyki, a reszta na głowę i łydki (ojj bałem się ich odwodnić). Kilometry leciały, a na rynku rozbrzmiewała muzyka rockowa ... ahh ta gitarka :). Nagle z Piotrowskiej skręcamy w lewo i znów wiatr w twarz. Czułem, że dziś lecę na samopoczucie, odpuściłem na siłę trzymanie tempa chłopaków z przodu. Nie były to wielkie straty, bo na lekkich zbiegach potrafiłem ich doganiać.
Kolejne punkty, kolejne uśmiechy, a ja po rozejściu tras (maratońskiej i półmaratońskiej) bywałem sam pośrodku budynków. Jedynie było słychać doping z ulicy czy ucieszne "dasz radę" pewniego dziadka z balkonu. Półmetek z czasem około 1:23.
Po 25km wylecieliśmy z gęstej zabudowy i zaczęło grzać. Jeszcze raz się powtórzę, ale ... genialne były te butelki ze sportowym ustnikiem :D. Długa prosta i kolejny punkt z kibicami. Przybijam kilkanaście "piątek" dzieciakom, biorę łyk wody i nie dowierzam. Ale ta radość wpłynęła na moje tempo :). Na samym dole nawrotka i biegniemy z powrotem do mety. Pod górkę siły uciekają ... ojj zaczynają się schody. Nagle na horyzoncie atlas arena, jednakże czeka mnie mała pętelka :(. Widzieć metę i usłyszeć "tylko 9km" daje w kość. Czuję, że rekord yciowy ucieka. Rzucam wyzwanie sobie by powalczyć o sub 2:50. Pętla wokół parku się dłuży. Puste ulice, cicho, a ja coraz słabszy. Odliczam każdy kilometr, a już za znacznikiem "40 kilometr" każde 100 metrów. Ponownie wyłania się Atlas Arena :D. Próbuję zerwać się po raz ostatni , ale nogi ciężkie. Dwa zakręty i lecę w dół wprost do hali. Rozpędzam się z górki i gnam do mety, by po 2h 50 min i 14 s być na mecie.

Podczas wywiadu dowiaduję się, że jestem w pierwszej dziesiątce - szok. Niemożliwe? Okazuje się, że to prawda, jestem 6-ty na mecie i 5-ty maratończyk. Cudnie, miłe zakończenie łódzkiego maratonu :). Po chwili przybiega Magda, która przekracza metę jako 4-ta kobieta. Cudnie kochanie :*. Po wspólnej dekoracji lecimy świętować, a dokładnie uzupełniać kalorie :).
Kiedy kolejny maraton, może jesienią? Teraz czas na góry :D
Idziemy świętować