poniedziałek, 22 maja 2017

Powrót do źródeł ultra.


Kolejnym przystankiem w tegorocznej wędrówce w świecie ultra, po walce na mistrzostwach w Szczawnicy, był Beskid Mały. Postanowiłem, w sobotę 20 maja, zmierzyć się ponownie z trasą Ultra Beskidzkiego Toporu, czyli ok. 73km z przewyższeniem +3287m/-3162m. Ponownie? Tak, bo właśnie na tej urokliwej trasie zadebiutowałem w górskich zawodach 😊. A zarazem pierwszy raz zmierzyłem się z dystansem ultra. Tak, moja historia rywalizacji górskiej obchodziła w niedzielę roczek 💓.

 
Najlepsza trójka ultrasów :)
Na parę dni przed powrotem w Beskid Mały zacząłem walkę z małym przeciążeniem czwóreczki po ostatnim biegu anglosaskim na Magurkę. Obawiałem się, że chwilę przed kolejnym trudnym wyzwaniem nie będę w formie. Na szczęście już we czwartek czułem moc, a spotkanie rekreacyjne z zabrzańską ekipą wprawiło mnie w pozytywny nastrój przed startem 😃. Pozostało już tylko ostatnia dniówka robocza, spakować się i wyruszyć w nocną podróż do Andrychowa😉.
Zaletą Beskidzkiego Toporu jest możliwość odebrania pakietu przed samym startem, więc spokojnie trochę pospałem we własnym łóżku, zjadłem domowe jedzonko i wyruszyłem w pół do 3 na linię startu. Drogi nocą są puściutkie, jak przyjemnie się jechało, a cieplutka noc zapowiadała fajny bieg😁. Po dotarciu odebrałem sprawnie pakiet i pozostało jedynie oczekiwać wschodu słońca. W strefie startowej spotkałem faworytkę wśród kobiet, Justynę😊. Krótka rozmowa skończyła się życzeniami „powodzenia” i ruszyłem w kierunku ulubionego miejsca, czyli pierwszej linii, by na sygnał wystrzelić jak z procy😃. Wiem, w ultra jest czas na walkę, ale …😝
Kilometry mijały sprawnie, a kolejne charakterystyczne punkty przypominały mi się przed roku.
Ostatnie kroki przed Potrójną
Wydawało mi się, że biegło mi się lżej niż przed roku😜. Starty w górach, dały mi więcej sił i doświadczenia, które dziś procentowały. Pokonywałem kolejne kilometry oczekując na pierwszą ściankę Gancarz  na ~10km (około 250m w górę na 1,5km), o dziwo za wiele nie musiałem iść, aż do tego momentu. Nadszedł czas na wspinaczkę i żywienie (na początek 2 belvity 😃). Tuż za górką był pierwszy ostry zbieg. Pamiętam, że rok temu przeraził mnie, a tym razem spokojnie zbiegałem, a nawet czasem potrafiłem się puścić w dół😊. Jeszcze mistrzem zbiegu nie jestem, ale … 😉
Dobił 14 km i pojawił się pierwszy punkt odżywczy w Ponikowie. Kubek coli, banan i ruszyłem dalej. Sytuacja na trasie się nie zmieniała, jeden zawodnik biegł z przodu wyrabiając sobie przewagę na pierwszym kilometrze, a ja tasowałem się z pozostałą szóstką. Dobra chwilowo byłem tuż za nimi. Kolejną wspinaczkę  pokonywałem zajadając bombonierkę, cukry trzeba było uzupełnić, a drażniło mnie ich skakanie  w plecaku. Nagle pojawiłem się na drodze krzyżowej na „Pod łysą górą”, kolejne stacje mi migały w oczach, a na szczycie był cudny ołtarz z krzyżem.
Kocierz, 42km
Natchniony, przeżegnałem się i ruszyłem w dół do kolejnej wiochy. Na dole łyk wody, 2 żelki (jak zobaczyłem dżdżownice to nie mogłem się powstrzymać😋) i ruszyłem na Leskowiec w 8km podróż z 550 m w górę. I nastąpiło ogromne zdziwienie😒, czułem, że mogę biec😝. Czas na marsz był przeznaczony jedynie na dożywianie (poszły kolejne 2 belvity i buła na złamanie słodyczy). Pokonując większość trasy biegiem zgubiliśmy we trójkę resztę towarzystwa, a na czarnym groniu pojawiłem się czwarty mając towarzyszy w zasięgu wzroku, a o kwadrans lepiej niż w zeszłym roku (ok. 3h). Mam kolejny punkt odżywczy, uzupełniłem bukłak, zjadłem kilka kawałków pomarańczy i ruszyłem na Potrójną. Po drodze mijam Leskowiec z pięknym widokiem na Beskid Żywiecki, rezerwat Madohora i już jestem u podnóża kolejnego celu. Naładowany milką zrzuczam się w dół, postanawiam przed Kocierzą wbić się na 3 lokatę. Udaje mi się dość łatwo, chyba rywal miał już lekko dosyć, a ja wiedziałem że dopiero zabawa się zaczyna.  Uważam, że dopiero od Kocierzy (42km) Topór nabiera charakteru. Czeka mnie wiele stromych wejść i zbiegów, ale spokojnie najpierw się posilę. Na punkcie żywieniowym na Kocierzy jestem poniżej 4:18, uzupełniam bukłak izotonikiem, wypełniam plecak przepakiem i po skorzystaniu z coli ruszam za drugim zawodnikiem, bo dzieli nas max 3 min.
Widok z Kiczery, rok temu też się zatrzymałem,
by podziwiać Beskid Mały w całej okazałości.
Po paru równiejszych kilometrach, lecę na Kiczerę (albo górę Żar). Ostatnio na tym odcinku byłem już wypompowany, choć spotkani rok temu sąsiedzi uważali, że nieźle wyglądałem😃. W tym roku było inaczej😉. Jedyny niepokój wiązał się tym, że już nie chciałem jeść. Ile wytrzymam na coli? Nie wiedziałem😞. Mijam 50km, tak szczyt Kiczery, szybka fota by uwiecznić widok i ostro w dół. Masakra,  na początku cały czas nogi na hamulcu. Szacun, jeśli tu ktoś się puścił. Później robi się lepiej i gnam do Porąbki, w której wypróżniam na jednym łyku butelkę wody i z kolejną ruszam na Bukowski Groń. Postanawiam, że na wzniesieniu (2km i 420m w górę) wduszę w siebie żel, od 1.5h godziny niż nie jadłem😉. Przed granią nachylenie maleje i ruszam do biegu. Hmm, ja nadal biegnę i nie odczuwam zmęczenia😁. Próbuję pokonywać szybko wzniesienia, by rywale nie złapali kontaktu wzrokowego (mała gierka psychologiczna). Czuję, że złamanie 8h jest coraz bardziej możliwe😁. Mijam strażaków na 58,4km, wymieniam butelki wody i ruszam na Złotą Górkę. Na szczycie jest długi zbieg do Targanowic. Włączam całkowite skupienie, bo ostatnio się tu zgubiłem. Po tylu godzinach, na prędkości, łatwo nie zauważyć skrętu szlaku. Nagle wylatuję na asfalt, jestem w wiosce. Już do końca znam trasę na pamięć, została tylko walka. Przeskakując przez jezdnie nawiązuję konwersację z porządkowym ruchu:
-Brawo masz 7 minut strat do pierwszego!!
-A do drugiego?
-Ty jesteś drugi!
-Serio!
Hmm, całkowicie podjarany wlatuję na ostatni punkt żywieniowy. Przez ostatnią godzinę słońce już tak nie grzało, więc nie było potrzeby uzupełnić bukłak. Łapię colę, banany i ruszam na Jawornice. Przy podejściu jeszcze tylko piszę smsy:
 „Targanice, 45 minut lepiej. Odpalam nitro”
Jawornica
zdjęcie zapożyczone z neta
 Tak czułem się wyśmienicie, a miałem już ponad 60km😃. Czemu napisałem, że lecę na Jawornice, a nie Potrójną. Powód prosty. Niby Jawornica to przystanek na szlaku do Potrójnej, ale tu znajduje się ściana. Tak, najbliższe 2 km to około 400 m w pionie😋.  Odnotowałem tu najgorszy kilometr, bo aż 17 minut. Nagle wybija 65km, a po prawej mijam krzyż na Jawornicy. Patrząc na krzyż, dziękuję Bogu za dzisiejszą opiekę😃. Głowa w ultra to chyba za mało.
Za Jawornicą znów uruchamiam aparat biegowy i nadal świetnie😃. Na Potrójnej już wiem, że na zwycięstwo nie ma szans. Liczy się tylko utrzymanie pozycji, świetnej pozycji 😆. Zaczynamy zbieg do Rzyk. Nagle słyszę z tyłu kroki, przerażony się odwracam😱, ale widzę zielony numer. Ulga 😃, bo od Potrójnej trasy się łączą, a to był zawodnik z półmaratonu. Życzymy sobie nawzajem powodzenia na ostatnim zbiegu i puszczam go przodem. Zbieg robił się stromy, kamienisty, a nogi za wiele już przeszły wysiłku by się rzucać w dół. Po chwili robię ostatni zakręt i widzę rzekę. Już wiem, że będzie świetnie. Zbieg jest już milszy, więc tylko harpagan by mnie tu wyprzedził. Ostatnie spojrzenie dla pewności do tyłu, przekraczam rzekę i wskakuję na metę po 7h i 55 minutach.
JESTEM DRUGI!!!
Uwielbiam tą rzeczkę przed samą metą :P

Hmm, uczucie dziwne, bo na ultra masz sporo czasu by przemyśleć co się dzieje. Niby się oswoiłem ze swoją pozycją, ale chyba lekko mnie zamurowało. Nie wiem, co to była za mieszanka emocji.
Jedynie co wiem, że na mecie przywitano mnie cudownym uśmiechem 😃😄 i nawet nie myślałem o  zmęczeniu.
Genialny masaż, takiej szybkiej regeneracji już dawno nie miałem.
Następnie masażysta uczynił cud. Tak idealnie znalazł punkty skurczów, że bez problemu bym sobie zrobił jakąś rundkę honorową. A dzięki uprzejmości Czarnego Groniu, czułem się jak nowo narodzony po prysznicu. Następnie wskoczyłem na pożywny posiłek do Oberży Czarnego Groniu (świetnie karmią) i w miłym towarzystwie doczekałem do wieczornej dekoracji. Na podium wspinałem się dwukrotnie😛: jako drugi zawodnik ultra dystansu😁 i najlepszy wśród M20😀. Pogratulowałem świetnych wyników znajomym i ruszyłem do samochodu, trzeba było wrócić do domku na lody.

 
Topór za drugie miejsce w OPEN
I kulka dla najlepszego młodzika :)

niedziela, 7 maja 2017

Majówka

 
Majówkowe medale:
3 cześć z GP Racibórz i Bieg pamięci powstańców Śląskich
Przed startem
Zregenerowany po gdańskim maratonie oraz biegu ultra w Szczawnicy zacząłem ponownie nabierać rytmu treningowego. Wolny czas sprzyjał treningom, a już 3 maja postanowiłem wystartować w kolejnych zawodach. Wyruszyłem wraz z ojcem po kolejną część medalu Raciborskiego cyklu biegowe. Tym razem był to "Bieg bez granic" na dystansie 10km.  Jedynym minusem biegu jest jego pora, a dokładnie godzina 16. Co by tu zjeść, by wytrzymać do tak późnej godziny, a się nie przejeść ;). W zeszłym roku bieg odbył się tuż po ulewie, ale tym razem wyglądało, że będzie sucho, lecz parno. Po krótkiej rozgrzewce stanąłem na linii startu z założeniem zrobienia życiówki adekwatnej do ostatniego maratońskiego wyniku. Wystrzeliłem jak z procy. Wydawało mi się, że czołówka biegu biegnie ciut za wolno, ale powstrzymałem myśl o ich wyprzedzaniu. Pierwszy kilometr poleciałem tempem 3:30, ale dłużej go nie mogłem utrzymać. Liderzy uciekli, a ja gnałem przez kolejne kilometry tempem 3:40. Było dobrze, ale już przed półmetkiem tempo się sypnęło.  Wystarczyło sił do ustanowienia życiówki
Ostatnie okrążenie w Raciborzu.
na dystansie 5km (18:14), ale kolejne kilometry już biegłem prawie 3:50. Czułem, że nie złamię drugi raz w życiu 37 minut, ale postanowiłem walczyć do ostatnich metrów o jak najlepszy czas. Dobiegłem po 37 min i 21 sekund zajmując 21 lokatę i 6 w swojej kategorii wiekowej :). Na mecie nie czułem się jakoś wykończony czy zadyszany, ale podczas biegu nie potrafiłem więcej wyciągnąć z nóg ;(. A po biegu znów ruszyłem w poszukiwaniu lodów ;P. Poszukiwania były krótkie, ponieważ znałem świetną lodziarnie na raciborskim rynku ;P.

Majówkę miałem zakończyć niedzielnym anglosaskim biegiem na górze św. Anny. Z tego powodu postanowiłem wykorzystać wydłużoną majówkę i zrobić dłuższe wybieganie z BNP (25km) już we czwartek. Biegło się łatwo, ale jakoś zabójczego tempa nie wrzucałem. Kolejne dni postanowiłem biegać już luźniej, ale dużo snu i wypoczynku pozwoliło nakręcić trochę kilometrażu ;).
Ostatnie 100 metrów do Domu Pielgrzyma

Nadeszła niedziela, więc czas na kolejną potyczkę- Bieg Pamięci Powstańców Śląskich. Trasa biegu to dwie pętle 5km po ścieżkach wokół sanktuarium na górze św. Anny. Miało być trochę wspinaczki, bo trasa liczyła prawie 300m w pionie. Tak blisko mojego domu nie startowałem w zawodach górskich, a nawet nie przepuszczałem jak ciężko i zarazem cudownie będzie ;P. Równo o godzinie 13 wystartowaliśmy. Ruszyliśmy leśną ścieżką w dół, rozpędzony wyminąłem całą czołówkę i gnałem
Ostatnie metry do mety :)
wypracowując paręset metrową przewagę. Trochę mnie dziwiło, że nikt mnie nie goni, ale na zbiegu w salomonach czułem się świetnie (ponad kilometr prowadziłem ;P ). Niestety już przy lekkim wzniesieniu zbiliśmy się w grupę i podbieg z Poręby pod Dom Pielgrzyma pokonywaliśmy razem. Dobra, tylko na początku ;). Rywale byli dziś silniejsi, a podbieg był dla mnie za stromy, by utrzymać ich tempo. Ostatnie metry wspinaczki były masakrą :). Na szczęście na szczycie rozpoczął się kolejny zbieg i dobiłem do drugiej grupki, lokując się na 8 pozycji na półmetku z czasem 22 min. Znów ruszyliśmy w dół, a tempo znów mogłem podkręcić. Na dole nadszedł czas na znany już kilometrowy podbieg i znów zacząłem tracić ;(. Na szczęście kolejni rywale przegonili mnie na ostatnich metrach przed szczytem. Czemu na szczęście?, bo lepiej od nich zbiegałem. Wystarczyło mi jakieś 200 metrów by ich przegonić, a reszta zbiegu pozwoliła mi wypracować wystarczającą przewagę aż do mety. Dobiegłem z czasem 44:49 ze stratą 4 minutową do pierwszego :), a zajmując 8 lokatę i 2 w kat. wiekowej :D !!! Tak, majówkę kończę z podium :).
PODIUM!!!
A po biegu, wizyta w sanktuarium na wyciszenie, a później na lody w Sławęcicach :P. Dziękuję rodzinie za towarzystwo w moich biegowych podróżach, a znajomym za doping na trasach :).