środa, 27 września 2017

Maraton Warszawski

Tatry zdobyłem. Setkę wywalczyłem. Nastał moment zamknięcia tegorocznego świata ultra. Po jesiennych górskich wojażach nastał czas powrotu na asfalt.


Na początek postanowiłem na powrót do stolicy. Z Madzią przybyliśmy w sobotnie południe do Warszawy na nasz biegowy weekend 😃.  Cel prosty. Życiówki 😆. Dodatkowo Magda miała zakończyć koronę. Po sprawnym odebraniu pakietów ruszyliśmy na mały spacerek po Łazienkach.  Kolejne cudne miejsce odhaczone.
Bardzo spodobała mi się nowa lokalizacja biura zawodów, jednak zeszłoroczny tor Służewiec był gorzej skomunikowany. Pakiet skromny, ale były moje żele😋. Energie na bieg miałem załatwioną. Pogoda miała być idealna do biegania. Około 15 stopni i lekko mżyć. Ja widziałem obawy😡. Nie przepadam za chłodem, a wiatr na maratonach mnie przeraża od czasu Orlenu. No cóż, polecimy to zobaczymy co przyniesie dzień😄.
No to startujemy!!

Po oddaniu depozytów i przywitaniu przyjaciół, polecieliśmy z Madzią na lekki rozruch. Ostatnie uśmiechy 😃 i czas ruszyć do boju😛. Pierwsze kilometry szły gładko. Dwie pierwsze piątki w zakładane 19:30. Niestety tą część trasy pokonywałem samotnie. Gonienie grupki z przodu kosztowałoby za dużo sił, a czekać na kolejnych biegaczy nie miało sensu. Indywidualna walka trochę mnie zmęczyła, ale wyłonił się zbieg do Wilanowa. Tam złapałem ponownie rytm z trójką innych zawodników. Biegło się fajnie, nawet za fajnie. Czułem, że grupa zwalnia😌. To nie był moment na luzowanie. Postanowiłem wystrzelić i wrócić do mocnego tempa. Udało się opuścić Łazienki (półmetek) po 1h 23 min. Tak, biegnę po życiówkę.
Wilanów

Na moście przed Stadionem zacząłem łykać drugi żel, czułem że opuszczają mnie siły. Żel kończę na kolejnym punkcie nawadniania przy zoo (28km), licząc że powstanę. Rok temu w tym miejscu zaczynały się schody😌. Czy miała być powtórka z historii? Sekundy uciekały na każdym kilometrze, a powrót przez Wisłę okazał się gwoździem do trumny😡. Tempo siadło o 20s i cała przewaga nad życiówką znikła. Ostatnie 12km to walka ze sobą. Straciłem cel walki. Ciągnąłem na determinacji i dekstrozie, ale w momencie gdy na zegarku wyświetla się tempo 5 min/km, ręce opadają. Tracę kolejne pozycje, świetna 50 pozycja uciekała dramatycznie. Nagle podbieg na wisłostradę i ostatnia długa prosta. Ostatni zryw? Nie ma szans, więc robię samolocik na pasie LOT-u 😂 dobiegając do mety z uśmiechem 😊 i z czasem 2:55:11. Za metą zaczynam regeneracje. Wypijam cały izotonik dla uzupełnienia soli i zaczynam się rozciągać. Po chwili dobiega Madzia z nową życiówką -cudnie zakończona korona. Zmęczeni ruszamy po depozyt, masaż i po pysznych naleśnikach powoli żegnamy się ze stolicą.

Tuż za półmetkiem

Co nie wypaliło? Dlaczego tak mnie odcięło? Przez ostatnie 12 minut straciłem dodatkowe 7 minut 😟 i wylądowałem na 84 pozycji OPEN na prawie 5400 maratończyków. To mój trzeci najlepszy wynik w karierze.
Miałem obawy o stan regeneracji po krynickiej setce, dużo czasu nie miałem. Ale czy ja jestem rozsądny, jeśli chodzi o obciążenie zawodami? 😝 Dodatkowo walka z przeciążeniem i słabsze treningi musiały zniszczyć moje tempo.
Zaryzykowałem😉. Choć szanse były nikłe, to po marzenia trzeba lecieć do przodu. Mimo wszystko  jestem zadowolony😃. Piękny wspólny weekend😃 uwieńczony 13-tym maratonem (hee pechowa liczba), a nawet nam się trochę rozpogodziło. W bieganiu nie zawsze chodzi o wynik, ale czasem o sam wyjazd i ludzi. Teraz czas na Poznań z małym półmaratońskim przystankiem na rodzimym terenie 😍.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz